16 października 2015

Planszówki - #23 Coś fajnego!


Gry planszowe kojarzą się niektórym z żenującą, nużącą rozrywką. Kiedyś grywaliśmy w nie, bo nie mieliśmy zbyt wielu alternatyw, ale obecnie gry planszowe są wspaniałe, a ja z wielką chęcią poświęcam im swój czas. Planszówki to naprawdę coś fajnego!

Wspominamy chińczyka, monopol i inne popularne gry, w których praktycznie wszystko zależało jedynie od rzutu kostką. Często gry były bardzo proste i niekoniecznie był to nasz ulubiony sposób spędzania wolnego czasu. Oczywiście wiem, że świetne, bardzo rozbudowane gry nie są czymś supernowoczesnym i istniały także 10 czy 20 lat temu. Ale jestem przekonana, że nie wszyscy o tym wiedzą. Nawet teraz nie każdy jest świadomy jak świetne mogą być gry planszowe. Cieszę się, że chociaż część osób teraz je odkrywa i spędza przy nich fantastyczne chwile z przyjaciółmi.

Nie podaję tu konkretnych gier, które polecam, ponieważ poświęcę temu osobny wpis (tutaj). Nie jestem żadnym ekspertem, ale niejedną godzinę spędziłam na graniu, a gdy organizowane są Planszówki na Narodowym siedzę tam jak najdłużej tylko się da! Poznaję nowe, ciekawe gry, sprawdzam inne wersje gier już mi znanych, albo jakichś dodatków lub po prostu gram w coś mi znajomego w większym gronie.

Gry planszowe nadają się świetnie do spotkań w większym gronie (w przeciwieństwie do gier komputerowych, w czasie których bardzo zamykamy się na świat zewnętrzny). Planszówki często nawet wymagają od nas większej ilości graczy, bo to właśnie wtedy jest przy nich najlepsza zabawa. W dodatku w między czasie mogą toczyć się rozmowy, a ewentualne spożycie alkoholu podnosi poziom trudności. ;)

Jeśli kojarzysz gry planszowe jedynie z popularnym „chińczykiem” i myślisz, że to nie dla ciebie, to cieszę się, że to właśnie ja będę mogła wpłynąć na twoją opinię. Planszówki nie muszą być nudne! Konkretne przykłady podam już niedługo. :)
Zdjęcia pochodzą z www.freeimages.com.

12 października 2015

Ja wiem czym jest „to coś”! Odkrycie wielkiej tajemnicy!

Często powtarza się, że szuka się w drugiej osobie „tego czegoś”. Dla niektórych to banalnie proste - duże cycki, zasobny portfel albo wspólne zainteresowania. Nie wszyscy jednak w taki sposób wybierają partnerów. Dla mnie nie jest to tak oczywiste, a osoby, w których się zadurzam mogą nie mieć ze sobą nic wspólnego. Na pierwszy rzut oka.

Już dawno temu uświadomiłam sobie jak ważna jest pasja. Robienie czegoś z pasją i dzielenie się tym z innymi. Zaangażowanie się w jakąś czynność i poświęcanie się dla jej doskonalenia jej jest czymś, co przyjemnie obserwuje się u innych ludzi. Nie chodzi o to, że zakochuję się w każdym doskonałym śpiewaku czy ulicznym tancerzu. Ale prawdą jest, że są oni dla mnie bardziej interesujący. Podziwiam ludzi, którzy osiągnęli sukces i wciąż rozwijają się w tym, co kochają. Dużo przyjemniej nawet słucha się nauczyciela, który szczerze pasjonuje się przekazywaną przez siebie tematyką.

Zdarza się jednak, że obiekt naszego pożądania często traci przy bliższym poznaniu. Jeśli chodzi o bliższe relacje to muszą się zgadzać obie rzeczy - posiadanie pasji i atrakcyjny dla nas charakter. Co więcej sami nie musimy znać się na danej dziedzinie, ale warto by przynajmniej w jakimś stopniu nas interesowała. Byłoby słabo gdyby chłopak kochał disco polo i wiejskie imprezy, a dziewczyna grywała na harfie w filharmonii (no chyba, że pasuje to obojgu). Za to fajnie gdy ktoś np. maluje obrazy, a druga osoba z przyjemnością je podziwia. Dla kogoś pasją może być coś, w czym druga osoba sporadycznie weźmie z chęcią udział.

Jest to oczywiście moje subiektywne zdanie i obserwacje. Nie każdy musi je podzielać. Ale zastanów się, czy nie ma w tym odrobiny prawdy również w twoim przypadku. Osoby z pasją są bardziej interesujące. Często mogą pokazać lub nauczyć nas czegoś nowego, a w dodatku i my możemy im przekazać coś od nas i wiemy, że będą tym zainteresowani. Pasjonat zrozumie pasjonata. To bardzo proste i tym właśnie jest dla mnie to „coś” w drugiej osobie.

Zdjęcia pochodzą z www.freeimages.com.

09 października 2015

Piękna jesień - #22 Coś fajnego! (DUŻO PIĘKNYCH ZDJĘĆ)


Jesień może być na prawdę piękną porą roku! Wydaje mi się, że nie mieliśmy okazji doświadczyć tego w zeszłym roku i zaraz po lecie przyszła smutna, szara zima. Tym razem jest jednak inaczej! I chociaż parę dni postraszyło zimnem tegoroczna jesień jest ciepła i cudownie kolorowa. Aż chce się spacerować.

Nawet deszcz, który pojawia się od czasu do czasu, nie przeszkadza mi tak bardzo. Zakupiłam nowy parasol i dalej rozkoszuję się jesienią. Piękny jest czas, kiedy z drzew nie spadły jeszcze wszystkie liście, mimo tego, że większość z nich pokrywa trawniki i chodniki. Mamy teraz okazję chodzić po tych pięknych kolorowych, liściastych „dywanach”. ;)

Przespaceruj się, pooddychaj resztkami ciepłego powietrza i rozejrzyj się w koło, a dojrzysz jak jest pięknie i kolorowo. Sama się sobie dziwię, że ciągle to powtarzam, ale tegoroczna jesień naprawdę mnie zaskoczyła. Jeśli masz czas i okazję by zrobić sobie dłuższą wycieczkę możesz zaobserwować jak pięknie wyglądają lasy i parki z oddali. Dzięki temu, że drzewa są wielokolorowe tworzą się wspaniałe bryły kolorów.

Być może jesień jest taka sama, a w tym roku zmiana zaszła jedynie we mnie. Ale jeśli nawet ta teoria jest prawdziwa to i tak chciałabym zarazić cię pozytywnym myśleniem. Fajnie by było przetrwać jeszcze trochę bez wysłuchiwania narzekań wszystkich wokół. Ta jesień naprawdę jest piękna!

Zdjęcia pochodzą z www.freeimages.com.

05 października 2015

Jak (nie)skutecznie szukać pracy?

Praca, praca, praca. Każdy się z nią zetknie na jakimś etapie swojego życia. Niektórzy wcześniej, inni później, ale nikogo to nie ominie. Nie jestem najbardziej doświadczoną osobą poszukującą pracy, ale poczyniłam pewne obserwacje. ;)

Osobiście szukałam pracy od czerwca, jeszcze w trakcie studiów i przed obroną pracy licencjackiej. Początkowo wysyłałam swoje zgłoszenia tylko do prac, które bardzo mnie interesowały i dla których może mogłabym nawet zrezygnować z dalszego studiowania. Nie ma takiej opcji. ;) Wiem, że niektórzy w młodym wieku pracującą już w swoich wymierzonych zawodach. Wiem, że niektórym się udaje i są doceniani przez pracodawców. Do tego jednak trzeba wyróżniać się czymś więcej. Po jakimś czasie, gdy wiedziałam już, że wymarzone miejsce pracy na mnie nie czeka, zaczęłam szukać czegoś tymczasowego. Wysyłałam CV w wiele miejsc. Interesowało mnie prawie wszystko oprócz call center i gastronomii. Wiedziałam też, że mam znajomych pracujących w różnych knajpkach i ostatecznie mogę poprosić ich o pomoc i zająć się kelnerowaniem. Jednak nie chciałam tego teraz robić.

Po miesiącu bezowocnych poszukiwań odezwała się do mnie jedna firma. Dosłownie jedna. Właściwie można powiedzieć, że to coś w stylu call center, ale bardziej pisane. Nie chcę zdradzać szczegółów, ale po szkoleniu i tygodniu próbnym zaczęłam w końcu pracę. W tej firmie były całkiem niezłe warunki, nie najgorsze zarobki i nawet nietragiczna atmosfera. Dobijało mnie jednak coś innego - to było zwykłe naciąganie ludzi. I dokładnie tak mówiliśmy o klientach rozmawiając między sobą - co zrobić by ich jeszcze bardziej naciągnąć. Co ciekawe ilość naciągniętych klientów nie przekładała się za bardzo na moje zarobki. To normalne - ilość pracy nie przekłada się na wysokość zarobków (właściwie tak było, ale tylko w teorii). W trakcie mojego dyżuru przeprowadzałam wiele rozmów i widziałam jak dużo zarabiam dla właścicieli, przy czym na własną dniówkę potrafiłam zarobić w mniej niż godzinę.

Nie to było jednak najsmutniejsze. Najciężej było tak oszukiwać ludzi. I wiem, że to normalne w wielu firmach - liczy się na to, że ktoś nie zareklamuje produktu, albo miesza się dobry produkt z gorszym. Często nawet wprost wmawia się klientowi, że to, co mu proponujemy to jest właśnie to, o czym marzył od dawna, chociaż sami wiemy, że to najgorsze gówno. Każdy powie, że to zupełnie normalne, ale to przygnębiająca wizja. W mojej pracy, która nie była najgorsza na świecie miałam takie dni, że w ciągu godziny chciałam pięćset razy zrezygnować. Serio. Przekonana byłam, że skończę po tygodniu próbnym, później po pierwszym miesiącu, a w końcu nie wiedziałam czy zrezygnuję z niej po skończeniu wakacji, bo mam w niej przecież takie dobre warunki... 

W dodatku, jak wspominałam to była jedyna firma, która się do mnie odezwała. Chciałam pracować, chciałam uczciwie zarobić. Pracowałam legalnie, na umowę, ale nie była to uczciwa praca. Inną kwestią jest to, że można chodzić bezskutecznie na wiele rozmów o pracę. Zdarza się nawet, że wychodzimy z takiego spotkania bardzo zadowoleni z siebie i wręcz pewni, że dostanie się tę posadę, bo pracodawca już nas praktycznie na piwo zapraszał. Ale później telefon milczy. Czasem da się zauważyć, że ostatecznie zatrudnili praktycznie byle kogo. Ten ktoś nie jest od nas lepszy i nie wykazuje się niczym specjalnym. Ale ten „byle kto”, musi mieć dobrych przyjaciół. I nie boli mnie, że można gdzieś się dostać dzięki znajomościom. Jeśli ludzie mają takie same kwalifikacje to czemu nie wziąć kogoś sprawdzonego? Ale czasami ktoś szuka kogoś innego, bawi w normalną rekrutację, a ostatecznie i tak bierze znajomego, bo właściwie ostatecznie stwierdza, że mu wszystko jedno. Stary, przynajmniej szanuj obcych ludzi!

Byle jaką pracę za byle jaką pensję można mieć zazwyczaj bez większego wysiłku. Pracę za trochę większą pensję można mieć bez serca. Im lepiej oszukujesz ludzi tym więcej zarabiasz. Tym pesymistycznym akcentem zakończę dzisiejszy wywód na temat pracy. Ale wiedz, że nie zawsze jest tak źle i akurat w twoim przypadku może być lepiej.
Zdjęcia pochodzą z www.freeimages.com.

03 października 2015

LemON - #21 Coś fajnego! (DUŻO MUZYKI)

LemON to polsko-łemkowsko-ukraiński zespół, którego miałam okazję już kilka razy słuchać na żywo. Przyznaję, że początkowo ta muzyka była mi całkowicie obojętna, a wokalista miał lekko irytujący głos. ;) Nie wiem co tak naprawdę się zmieniło, ale w tej chwili bardzo doceniam ich twórczość.

Wokalista zespołu, Igor Herbut, studiował na wydziale artystycznym na kierunku jazz i muzyka estradowa. To tłumaczy jak mógł tak szybko zebrać dobrych muzyków i założyć odnoszący sukces zespół w trakcie programu Must Be the Music, który przyniósł zespołowi popularność. W ich twórczości słychać, że nie są początkującymi amatorami.
Mój pierwszy kontakt z zespołem LemON był całkowicie przypadkowy, ale gdy zobaczyłam, że grają na tegorocznym Woodstocku postanowiłam się na nich wybrać. I chociaż koncertu nie spędziłam w pobliżu sceny, uważam, że był bardzo klimatyczny. Od Woodstocku minęły już ponad 2 miesiące, a ja ostatnio przesłuchałam płyt LemONa i stwierdzam, że słucha się ich z wielką przyjemnością. Niektóre piosenki mnie oczarowały!

Zdecydowanie „Napraw” to mój numer jeden. Ale polecam zapoznać się także z innymi. Enjoy!




28 września 2015

Jak zorganizować się na studiach?

Nie jestem najlepiej zorganizowaną osobą. Często mam raczej olewczy stosunek do narzuconych zadań. Mimo to mam parę sposobów, żeby ogarnąć nawet to, co wcześniej olałam. Kalendarz to żaden nowy wynalazek, a i tak niektórzy nie umieją z niego korzystać. Mój sposób dotyczy głównie studiowania, ale można to przełożyć na szkołę, jeśli ktoś chce. Z tą różnicą, że na studiach zazwyczaj niczego się nam nie zarzuca i nie ma czegoś takiego jak wagary (bo studia są lepsze od liceum ;)).

Pierwszy tydzień studiów jest ciężki. Oczywiście taki tydzień, w którym zaczynają się już normalnie zajęcia, a nie wielkie zamieszanie i problemy z rejestracją na przedmioty. Zazwyczaj wtedy staram się być na wszystkich zajęciach (tak się staram, że dzisiaj pierwszy dzień, a ja nie wyszłam z domu).Na początku profesorowie mówią jakie jest zaliczenie, co się liczy do oceny, czy zwracają uwagę na obecność (a może ogólnie na to nie patrzą, ale premiują 100% obecności) itd. Niektórych w ogóle nie interesuje, czy chodzicie, inni robią listę na każdych zajęciach, a jeszcze inni kiedy im się zechce. Oczywiście są takie przedmioty, na które chodzi się z przyjemnością by posłuchać wykładowcy, mimo że nie jest to przedmiot obowiązkowy. Ale bywa też tak, że profesor bardzo przynudza (niestety), ale sam mówi, że przed egzaminem prześle własne notatki. I to jest przedmiot, na którym nie trzeba siedzieć co tydzień. Wiem oczywiście, że każdy sam podejmuje decyzje na co chodzić może na wszystko?) lub gdzie nie chodzić, ale są osoby, które na każdych zajęciach pytają się o listę czy zaliczenie. A wystarczyło posłuchać pierwszego wykładu.
 
Zbieram takie informacje w jedno miejsce, a obok przygotowuję najzwyklejszy w świecie spis zajęć i kratki na 15 tygodni, czyli tyle, ile zazwyczaj trwa jeden semestr. Teraz każdego dnia mogę zaznaczyć czy byłam, czy była lista, czy może zajęcia były odwołane (więc nie straciłam nieobecności). Dzięki temu wiem, że nie zaskoczy mnie trzecia nieobecność na zajęciach, na których można nie być jedynie dwa razy (z nieobecnościami miałam duży problem w liceum i gdybym wtedy pilnowała tego, żeby nie przekroczyć 50% życie byłoby piękniejsze ;) ). Obok przedmiotów piszę rodzaj zaliczenia i wtedy na pierwszy rzut oka widzę, co już jest za mną (jeśli zaliczeniem jest prezentacja lub inna praca, a nie egzamin).

Nie odkryłam nic wielkiego, a jednak jest to dla mnie niezawodna metoda. Nie muszę zastanawiać się, na których zajęciach mnie nie było i o jakie notatki mam zapytać, bo wszystko znajduje się jednym miejscu i kontroluję to na bieżąco. Jest to prosta rzecz niewymagająca żadnego wysiłku, ale znacznie ułatwiająca mi studiowanie. Spróbuj sam, jeśli jeszcze tego nie robisz.

Zdjęcia pochodzą z www.freeimages.com.

21 września 2015

Polecę dziś ciekawy film - wrzesień!

Kolejna krótka notka o filmie z danego miesiąca. Nie wszystkie miały premierę w tym miesiącu, ale wybieram te, które teraz oglądałam (albo z jakiegoś powodu przypomniałam sobie o nich i warto je wspomnieć). Pierwsze dwa zdecydowanie konieczne do obejrzenia!

Sicario

Dwugodzinny, dobry dramat kryminalny. Film co prawda jest delikatnie rozwleczony i nie utrzymuje takiego samego napięcia w każdej minucie, ale jest warty zobaczenia. Agentka FBI (Emily Blunt) bierze udział w operacji zlikwidowania bossa meksykańskiego kartelu narkotykowego. Jednak to nie wszystko, co dzieje się w tym filmie, który jest tak wielowątkowy, że można by na tej podstawie zrobić porządny serial.
Sicario miał momenty słabe, ale miał też takie, w których serce miałam w gardle, a minuty pełne napięcia wydawały mi się nieskończenie długie. Obserwujemy nie tylko walkę z kartelem narkotykowym, morderstwa, operacje policyjne, ale także tajemnice i działania na boku o dyskusyjnej moralności.
W rolach głównej także Benicio del Toro i Josh Brolin.


Snajper

Tematycznie odrobinę podobny film do poprzedniego. Tym razem jednak dzielni amerykanie nie walczą z mafią narkotykową a terrorystami. Snajper to film Clinta Eastwooda opowiadający historię kariery wojskowej i życia osobistego Chrisa Kyle'a (Bradley Cooper), najlepszego snajpera w historii elitarnej jednostki Navy SEALs. 
W filmie pokazana jest motywacja do zaciągnięcia się do wojska i kolejne odbywane misje. W między czasie snajper poznaje swoją żonę (Sienna Miller), dzięki czemu oglądamy nie tylko wydarzenia na misjach (strzelaniny, zabójstwa, także na dzieciach), ale także tragedie rodziny, kobiety i dzieci. Film zrobił na mnie całkiem spore wrażenie. Dzięki temu, że nie pokazuje jedynie życia wojennego i sukcesów żołnierza, ale także życie domowe weterana, obrazuje dany problem jeszcze lepiej. Chociaż już w trakcie misji widać, że nie jest to łatwa rola. A żołnierzem jest się do końca życia. Całkiem trafnie pasuje tu dość zabawne zdanie „co się zobaczy, nie da się od zobaczyć”.
Jako ciekawostkę dodam, że w filmie występuje prawdziwy żołnież Navy SEALs Kevin Lacz, który był nie tylko konsultantem podczas produkcji filmu, ale także uczył Bradleya Coopera obsługi karabinu snajperskiego. Ponadto Kevin służył wraz z Chrisem Kyle'm (tytułowym snajperem) w Iraku...

Diabeł

Ostatni film w tym miesiącu to coś na rozluźnienie tej ciężkiej atmosfery (mimo, że jest to horror). Diabeł to bardzo klaustrofobiczny film, 95% fabuły rozgrywa się w zamkniętej windzie. Zostaje tam uwięzionych pięcioro przypadkowych osób. Wydawało by się, że jedyne co im grozi to upadek. Nic bardziej mylnego! Każdy z nas może mieć coś na sumieniu i nie wiemy, kiedy zostaniemy z tego rozliczeni.
Film ogląda się z zainteresowaniem. Nie ma tu abstrakcyjnych potworów biegających za drętwymi bohaterami. Nie wiadomo skąd nadchodzi zło i co się za nim kryje. Mała przestrzeń windy powoduje, że jeszcze bardziej chcemy wiedzieć, co tam się dzieje. Zwłaszcza, gdy ludzie zaczynają ginąć...
Diabeł bardzo mnie wciągnął i chociaż nie był zrealizowany na jakimś wybitnym poziomie uważam, że warto wziąć go pod uwagę wybierając film na wieczorny seans.

Ciekawa jestem jakie wy filmy oglądaliście w tym miesiącu. Możecie polecić coś w komentarzu, chętnie poczytam. A może widzieliście już tytuły, które tu przedstawiam? Piszcie! :)