17 lipca 2015

Zakochaj się w Żoliborzu #2 - Park Żywiciela (DUŻO ZDJĘĆ)

Park Żywiciela, a dokładnie park im. Żołnierzy Żywiciela, to miejsce w najbliższej okolicy Sadów Żoliborskich, o których pisałam w poprzednim wpisie z serii „Zakochaj się w Żoliborzu”.

Jest to zdecydowanie mniejszy od Sadów Żoliborskich park otoczony małymi kamienicami. Na jego terenie znajduje się Teatr Komedia oraz pomnik Żołnierzy AK Obwód „Żywiciel”.

Park Żywiciela jest to mały park, ale można odczuć dość sielską atmosferę. W parku są nawet pomniki przyrody. Kapliczka Matki Bożej skierowana w stronę ulicy Popiełuszki potęguje wrażenie bycia w małym mieście. Kolejny raz można zgubić się w Warszawie i zapomnieć o całym wyścigu szczurów.

W okolicy cieszą oko także kolorowe kwiatki. Udziela się to mieszkańcom. Nie wszystkim wystarczy cudowny widok z okna, niektórzy mają także kwieciste balkony. Zapraszam do wypoczywania w tej spokojnej okolicy. Nadaje się idealnie na spacer.


Zobacz koniecznie:
Zakochaj się w Żoliborzu #1 - Sady Żoliborskie

14 lipca 2015

Gdy spędzasz weekend na wsi...

Nie mam prądu, bo był deszcz. A ten dom nie lubi deszczu. Chociaż to zwykły, zamieszkały dom, wyłącza prąd, gdy pada deszcz. Nie muszą to być ogromne huragany i burze. Zwykły deszcz wystarczy by zostawić mnie bez prądu. Dla mieszkańców to oczywiście żaden problem i w każdej chwili mogą go rozwiązać. Sprawa wygląda inaczej, gdy jesteś w gości, ale nikogo akurat nie ma w domu...

Dzisiaj miała pojawić się inna notka, ale brak prądu powodujący ogłuszającą wręcz ciszę zainspirował mnie do napisania czegoś innego. I na szczęście mogę sobie pisać co chcę, bo grono czytelników mojego bloga jest bardzo skromne (elitarne;) i nie muszę silić się na coś wielce porywającego.

Zostałam sama w czyimś domu mając w głowie, czym się mogę zająć przez najbliższe godziny. Jednak już pierwszy numer z listy został przerwany. Muzyka odpalona na fulla ucichła, a ja stojąc pod prysznicem straciłam wodę. Tak, wodę pod prysznicem. Kąpanie się w ciszy nie jest takie przerażające, ale mycie się bez wody to już trochę inna zabawa. Na szczęście zakończyłam już etap mycia i spłukiwania głowy, ale niestety byłam w trakcie pozostałego mycia wszystkiego i musiałam tak opuścić kabinę prysznicową. Ostatnią nadzieję straciłam, gdy sprawdziłam drugie źródło wody. Pozostałości żelu do mycia musiałam wytrzeć ręcznikiem. Właściwie to chyba dobry sposób na zaoszczędzenie czasu! Nie musisz z siebie niczego spłukiwać, tylko od razu wycierasz, a lekko klejącej się skóry nie trzeba już później kremować, świetnie! W pokoju znalazłam też dwie szklanki z niedopitą wodą i postanowiłam umyć w niej zęby. Pomysł był niezły, tylko woda już trochę nieświeża... Wyjęłam też paczkę mokrych chusteczek. Nadadzą się do „mycia rąk”.

Gdy załatwiłam kwestię czystości przypomniałam sobie, że chciałam zrobić herbatę. Woda w czajniku była gorąca, ale nie wiem czy zdążyła się ugotować... W domu jest na szczęście woda butelkowana, więc wiem, że nie umrę z pragnienia. Na obiad był też przygotowany chłodnik, więc to doskonały zbieg okoliczności, że zupy nie trzeba podgrzewać. (Pisałam już jakie chłodniki są świetne, a tu kolejna zaleta - nie wymagają ani prądu, ani gazu). Niestety kwestia rozmrażającego się żarcia nie była teraz dla mnie do rozwiązania, właściciel zdecyduje co z tym wszystkim zrobić, a ja mogę jedynie zabrać się za lody. :)

Brak prądu nie jest w tych czasach taki zły, to w ogóle dość zabawne. Używam przecież w tym czasie z laptopa (chwała Bogu za naładowaną baterię, bo zwykle korzystam z niego na kablu!). Mam też genialny tablet, z którym prądu mogłabym nie mieć przez tydzień. A w nim jeszcze siedzi darmowy internet, więc już w ogóle jestem samo wystarczalna. Telefon też miałam akurat naładowany, więc mam całkiem normalny kontakt ze światem. Pomyślałam też, że mogę dokończyć czytanie książki i cieszyłam się w duchu, że nie zrobiłam tego, gdy był prąd. Bateria w lapku bardzo długo nie wytrzyma. Raczej ciężko by było z graniem (a ostatnio cisnę Wiedźmina „jedynkę”) i wielogodzinnym słuchaniem muzyki, ale to drugie spokojnie mogę robić na tablecie.

Z tego wszystkiego zaczęłam pisać coś na bloga, bo zwykle mam lenia i wszystko mnie łatwo rozprasza, a teraz cisza i spokój. Nie sprawdzam nawet fejsa, chociaż przecież mam dostęp. Czekam na właściciela, który uratuje sytuację i myślę, że prąd (poza kuchnią lub samą lodówką) mógłby padać częściej. :)

Zdjęcia pochodzą z www.freeimages.com.

11 lipca 2015

Chłodnik - #15 Coś fajnego!

W ostatnich dniach co prawda pogoda delikatnie odpuściła i nie mamy już afrykańskich upałów, ale i tak chciałam podzielić się przepisem na chłodnik, który latem króluje u mnie w domu. Bo chłodnik jest czymś rewelacyjnym i uniwersalnym, bo można go zrobić z różnych warzyw. Ja bym tam do przepisu się za bardzo nie przywiązywała, ale większość zup robię tak, jak mi się chce. ;)

Chłodnik mało tego, że jest zimną zupą, jest też ekspresowy w wykonaniu! Kroisz lub ścierasz warzywa, zalewasz kefirem lub maślanką, dodajesz ugotowane jajko i powstaje coś pysznego. Ja ścieram pęczek rzodkiewek i długiego ogórka. Zalewam litrem kefiru, do którego dodaję słoiczek ćwikły. Tak, ćwikły. To zastąpi buraczki, które trzeba by gotować. Do wszystkiego dodaje posiekany koperek i szczypiorek, a na końcu, już do miseczki, wkładam pokrojone na ćwiartki jajko.

Świetne jest to, że możesz zrobić chłodnik bardziej ogórkowy, bardziej rzodkiewkowy, bardziej buraczkowy, a nawet pomidorowy lub truskawkowy! Przepisów w internecie jest mnóstwo, więc każdego dnia można jeść inny chłodnik.

Jeśli do tej pory nie znałeś chłodnika to zrób go w upalny dzień i rozkoszuj się smakiem. Bo to zupa idealna na lato!

08 lipca 2015

Zakochaj się w Żoliborzu #1 - Sady Żoliborskie (DUŻO ZDJĘĆ)

Od dawna chciałam podzielić się na blogu wspaniałymi miejscami w Warszawie. Zaczynam od Żoliborza - miejsca, które kocham. Wydaje mi się, że ta dzielnica jest często niedoceniana i ludzie jej dobrze nie znają. A warto zatrzymać się przy niej chwilę dłużej, bo w tej małej dzielnicy Warszawy (o powierzchni zaledwie 8,47 km²) jest mnóstwo miejsc, w których można odpocząć i poczuć się chociaż przez chwilę jak na urlopie. O tym, że kocham Żoliborz pisałam już tutaj. Dawno to było i nie dokończyłam drugiej części, a powinnam to nadrobić!

Żoliborskie parki i skwery nie przypominają popularnego Pola Mokotowskiego. Pole też jest super, ale zdecydowanie nie odpoczniemy tam od ludzi. ;)  Spacerując po Żoliborzu oczywiście spotykamy jego mieszkańców. Nie jest to wymarła dzielnica, ale ma zupełnie inny klimat. Zanim ruszę dalej w miasto chcę obskoczyć wszystkie zielone zakątki Żoliborza. Zapraszam cię ze mną na wyprawę. Na pierwszy ogień: wspaniałe Sady Żoliborskie.


Ciężko było mi zrobić zdjęcia oddające klimat tego miejsca. Wiele drzew owocowych (zapraszam później na konsumpcję owoców prosto z drzewa! ;) ), alejki, kwiatki, polanki i plac zabaw. Możesz się zgubić i nie wiedzieć, że jesteś w mieście, tylko parę kroków od metra (Marymont, Wilsona).

Na Sadach Żoliborskich można się opalać, czytać w cieniu książkę, albo po prostu obcować z naturą w pięknej okolicy. Zaskoczyła mnie ostatnio nowość - podwyższona ławka specjalnie dla niepełnosprawnych. Nawet nie wiedziałam, że robi się takie rzeczy.
 

Zdjęcia nie oddają wspaniałości tego miejsca. Być może tylko ja nie umiem uchwycić magii tej bujnej roślinności. Za to z pewnością każdy sam może przekonać się, jak cudownie się tam relaksuje. Jeśli cenisz sobie spokój to miejsce jest dla Ciebie.

Wpadaj na facebooka i google+!

05 lipca 2015

DIE UNDERWOOD - #14 Coś fajnego! (DUŻO ZDJĘĆ I MUZYKI)

Ten zespół to moje całkiem nowe odkrycie! Nie słucham takiej muzyki na co dzień, ale w ich stylu się zakochałam. I think they're freaky and I like them a lot! ;)

Die Antwoord odkryłam dopiero po premierze filmu „Chappie”, który swoją drogą jest przecudowny. Ma oczywiście pewne wady, ale ja się zakochałam. Natomiast Ninja i Yolandi zagrali w nim straszne typki, ale byli to gangsterzy o oryginalnym charakterze. Miało się wrażenie, że są to naprawdę świetnie wykreowane postaci. Oczywiście, gdy nie wiedziało się, kim oni są. A ja sprawdziłam to dopiero po filmie.


Co więcej, soundtrack do „Chappiego” jest w większości muzyką tych świrów. Dlatego, gdy zaczęłam ich słuchać, część piosenek odrobinę mi się już kojarzyła. Ale dla mnie największa magia to ich teledyski. Z tego, co mi się wydaje, to Ninja większość reżyseruje. To jakiś świrnięty geniusz.


Ich styl jest mocno pieprznięty, ale bardzo spójny. Wydaje mi się, że ludzie albo ich kochają, albo nienawidzą. Dla mnie są przemistrzami w tym co robią. Bazują na słodko-mrocznej konwencji, a ich muzyka jest mega energetyzująca.


Wspomniałam o magii teledysków, a to dlatego, że miałam wrażenie, że to krótkometrażowe filmy! Każdy (z którym się zapoznałam) przedstawiał jakąś zamkniętą historię. W dodatku wszystko było bardzo wymyślne i dziwaczne, co akurat jest dla mnie zaletą.


Jeśli chodzi o podstawowe fakty, o których nie wspomniałam pisząc moją ocenę, to zespół Die Antwoord pochodzi z RPA i wg Wikipedii wykonuje muzykę hip-hopową w odmianie rap-rave. ;)


Bardzo ciekawy był też dla mnie fakt, że film „Chappie” był właśnie kręcony w RPA i ktoś sobie wymyślił, że zatrudni tych dwoje freaków, którzy odegrają w tym filmie siebie! Oczywiście nie do końca siebie jako zespół. Ale siebie pod względem stylu i sposobu bycia. Oni w tym filmie są dokładnie tacy sami jak w teledyskach, to dla mnie coś świetnego.


Die Antwoord pojawił się w tym roku na Open'er Festival i żałuję, że nie widziałam ich koncertu. Mam nadzieję, że kiedyś będzie mi to dane, ponieważ już ich uwielbiam i wydaje mi się, że na koncertach mogą dawać z siebie 300%. Czy oni kiedykolwiek się męczą? ;) Taki pokręcony zespół chętnie widziałabym na Woodstocku, myślę, że by tam pasowali.

Ja ich kupuję w pełni, są kolorowi i mroczni jednocześnie. To mi się bardzo podoba! A teraz obiecana garść teledysków, które są przegenialne! Ten obraz jest tak niepokojący, a muzyka chwytliwa w tym samym czasie, że ja to mam ciary i się rozpływam. Wiem, że ciągle się wszystkim zachwycam, ale zobacz sam. :)

 
 

02 lipca 2015

☼ Niezbędnik wakacyjny! ☼

Pierwszy lipcowy wpis musi dotyczyć wakacji! Wiem, że niektórzy już powyjeżdżali, ale inni być może planują coś dopiero w drugiej połowie lata. Mimo wszystko zapraszam do zapoznania się z moim małym poradnikiem, co zabrać ze sobą na wakacje. Niektóre rzeczy dotyczą bardziej biwakowego wyjazdu, ale myślę, że wszystkim można się zainspirować.

1. Mokre chusteczki i/lub żel antybakteryjny
Przydadzą się w wielu miejscach. Nie tylko, gdy wyjeżdżamy pod namiot. Małą paczkę mokrych chusteczek można mieć zawsze w torebce lub plecaku i chociażby wytrzeć nią twarz w ogromne upały. Ja zabieram zawsze dużą paczkę chusteczek dla niemowląt - są po pierwsze tańsze, ale ja naprawdę tyle ich zużywam.

2. Małe pojemności, uniwersalnych kosmetyków
Małe pojemniczki można w wielu miejscach kupić, ale ja po prostu pozbierałam pojemniczki po różnych próbkach i teraz przelewam w to szampon lub żel. Nie ma co brać pełnowymiarowych butelek i mało tego, że nosić zbędny ciężar i zajmować sobie miejsce w walizce, to jeszcze ryzykować, że cała zawartość wyleje nam się w podróży. Czasami tylko, zamiast małych buteleczek, zabieram ze sobą jakąś końcówkę kosmetyku, wtedy wiem też, że mogę go całego zużyć i nie wracać z pustym pojemnikiem.
Warto też pomyśleć, co jest tak naprawdę niezbędne na tygodniowy wyjazd. Nie musimy pakować miliarda kremów, odżywek i peelingów. Zróbmy sobie przerwę od tego nieustannego kosmetykowania się. ;) Dla mnie np. koniecznością jest zabranie odżywki do włosów, w przeciwnym wypadku mam okropne siano na głowie. Ale już obojętne mi czym je wcześniej umyje, albo czy żel pod prysznic pożyczę od faceta. Zamiast kremu od każdej części ciała biorę jeden, najczęściej krem do rąk, który używam do wszystkiego, jeżeli już mam taką potrzebę.
Przed wylaniem i otwarciem kosmetyków też można się ochronić - wystarczy zakleić nakrętki taśmą klejącą. ;)

3. Torba izotermiczna
Zawsze! Czy to pod namiot by nie ugotować całego żarcia, czy na jakikolwiek inny wyjazd by donieść na plażę chłodne napoje. Niezbędnik na lato!

4. Dmuchana mata/mata samopompująca się
To mój hit zeszłego lata, a może już dwóch lat? Jeśli chodzi o wyjazdy typowo biwakowe, albo o miejsca, w których nocujemy na podłodze, bo i tak się przecież zdarza, to nie żadne karimaty i dmuchane materace, a dmuchana mata, która łączy w sobie najlepsze cechy obu tych wynalazków. Karimata jest dla mnie za twarda, właściwie to chyba nigdy tak na samej karimacie nie spałam. Natomiast materace są cudowne! Jeżeli oczywiście nie są dziurawe, co bardzo rzadko się zdarza. Co prawda materac to nie jest jakiś ogromy wydatek, nawet jeśli traktuje się go jako jednorazową rzecz, ale wolę zabrać coś pewnego niż którejś nocy obudzić się na gołej ziemi... Tak więc dmuchane maty, które wielkością przypominają karimatę i są równie lekkie, są czymś dla mnie niezastąpionym. Teoretycznie są one samopompujące się i chociaż nie zawsze mi się to sprawdza, nie sprawia mi problemu napompowanie czegoś tak małego. A mimo niepozornej grubości są naprawdę wygodne! Może odstraszać jedynie cena (w niewielu miejscach znajdzie się coś poniżej 100zł), ale nie jest to jakiś kosmiczny wydatek za coś tak fajnego, co służy na lata.
Na swojej macie zdarzało mi się nawet czasem ćwiczyć w domu. ;)

5. Turystyczna mini butla gazowa
Kolejna typowo biwakowa rzecz, ale to było prawdziwe odkrycie. Na mój pierwszy Woodstock zabrałam ze sobą chyba najmniejszą butlę gazową do napełniania i chociaż to już był fajny bajer okazało się, że można mieć coś lepszego. Malutkie, jednorazowe butle gazowe, na które zakłada się palnik i można działać. Jest co naprawdę niewielka rzecz, w dodatku bardzo lekka i starcza na cały wyjazd dla kilku osób. Co prawda wodę gotuje się na tym dość długo, ale już podgrzać coś ze słoika można bardzo szybko. Tak więc w miejsca, gdzie nie zawsze można zrobić np. ognisko, polecam takie małe turystyczne kuchenki gazowe. Warto wiedzieć też, że nie wszędzie można te butle stosować. Chociażby wyżej wspomniany Woodstock zabrania ich. Ale na szczęście festiwalowe pole jest tak wielkie, że wystarczy nie być w samym centrum i róbta co chceta. ;) Jeszcze jedna bardzo ważna rzecz! Zawsze trzeba uważać przy gotowaniu czy podgrzewaniu czegokolwiek. Jest to jednak otwarty ogień, gaz, upał, wiatr, a w lato często szumi alkohol - należy zachować ostrożność.

6. Mgiełka do ciała
Początkowo zapomniałam o tym, jakże ważnym punkcie. Niekoniecznie chodzi mi o takie zapachowe mgiełki, chociaż i to jest przyjemne, tylko o najzwyklejszą wodę, którą możemy spryskać swoją twarz i ciało, gdy upały są nie do zniesienia. Nie jest to aż tak bardzo niezbędna rzecz, ale uwierzcie, że zdarzają się chwile, gdy błaga się o taką mgiełkę. I to koniecznie musi być mgiełka, nie zwykły spryskiwacz, który całkowicie cię zmoczy, a delikatna mgiełka. Ja wykorzystuję po prostu buteleczkę po zużytej mgiełce zapachowej. Istnieją też wody termalne, ale mi na to szkoda kasy. Zwykła woda jest spoko!

To moje niezbędniki na letnie wyjazdy. Oczywiście w zależności od miejsca i długości pobytu, zabieram różne rzeczy. Mam nadzieję, że kogoś zainspiruję, a być może i mi ktoś coś jeszcze doradzi. Teraz pozostaje już tylko spakować się i wyruszyć w podróż! Powodzenia! ☼

Zdjęcia pochodzą z www.freeimages.com.

Wpadaj na facebooka i google+!