Pokazywanie postów oznaczonych etykietą osobiste. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą osobiste. Pokaż wszystkie posty

30 grudnia 2015

Szczęśliwego Nowego Roku!

Kochani, życzę Wam naprawdę szczerze dużo szczęścia i pomyślności! Żeby każdy kolejny dzień, miesiąc i rok był dla Was pomyślny!

 

 Nie chcę pisać o tym, czy warto mieć noworoczne postanowienia i jak je spełniać. Do celu dążymy przecież przez całe życie, a nie tylko na początku stycznia. ;) 

 

Chciałabym jednak, żeby każdy człowiek znalazł swoje ukochane miejsce na ziemi, gdzie będzie mógł cieszyć się z prostych rzeczy, a ludzie, wśród których się znajdzie, będą życzliwi i przyjacielscy. :)

 

Tego wszystkiego i dużo dużo więcej życzy

 

Autorka bloga KochamKozy

 

Bawcie się bezpiecznie i do zobaczenia w nowym roku Kochani! 

 

Zdjęcia pochodzą z www.freeimages.com.

21 grudnia 2015

Christmas TAG, czyli bardzo luźne rozważania o grudniu i świętach


1. Wolisz w święta chodzić w piżamie, czy elegancko się ubrać?
Raczej nigdy nie chodzę w piżamie... Ważne żeby było schludnie, a czy bardzo elegancko to już w dużej mierze zależy od tego kogo się odwiedza albo kto przychodzi w gości.

2. Gdybyś mogła w tym roku kupić prezent tylko jednej osobie, kto by to był?
Kupiłabym prezent tylko sobie! Haha. ;) A poważnie to kupiłabym coś tylko mojemu chłopakowi, to całkowicie oczywiste.

3. Czy prezenty otwierasz rano czy wieczorem w Wigilię?
Wieczorem.

4. Czy kiedykolwiek zrobiłaś domek z piernika?
Niestety nie.

5. Co lubisz robić podczas przerwy świątecznej?
Łyżwy, filmy, sen i przyjaciele. :)

6. Ulubiona świąteczna potrawa?
Wszyyystkie! Nie mam jednej ulubionej. Oczywiście kocham pierogi, ale nie kojarzą mi się jedynie ze świętami. Lubię prawie wszystko! ;)

7. Twój ulubiony film świąteczny?
Kolejny raz nie wiem. Nie mam ulubionego filmu świątecznego i chociaż mam wielki sentyment do Kevina to chyba powiem, że całkowicie zakochałam się w Krainie Lodu. Nie jest to świąteczny film, ale zimowy i bardzo przyjemny.


8. Makowiec czy sernik?
Najbardziej lubię ciasta kremowe, dlatego nie wybiorę żadnego spośród makowca i sernika.

9. Czy kiedykolwiek ulepiłaś bałwana?
Tak! ♥



10. Co wolisz - Wigilię czy pierwszy dzień Świąt?
Wydaje mi się, że większość osób odpowie, że woli Wigilię, a ja chyba wolę kolejny dzień. A wszystko dlatego, że w Wigilię jeszcze wiele osób pracuje, wszyscy biegają by wyrobić się z przygotowaniami, a atmosfera jest napięta, bo trzeba ulepić tysiąc pierogów. Na pierwszy i drugi dzień świąt wszystko jest już przygotowane, można ze świętować ze spokojem. ;)

11. Białe czy kolorowe lampki choinkowe?
Kiedyś lubiłam jak najbardziej kolorowe lampki, bombki i wszystko! A teraz głownie białe, ale podobają mi się także kolorowe, tylko że jednolite. Jednak to właśnie białe lampki wiszą u mnie w pokoju przez cały rok. ;)


Christmas tag kończy się na tym pytaniu, ale chciałabym dodać coś o świątecznej piosence. Od lat słucham namiętnie Feliz Navidad w wykonaniu Michaela Buble, ale ostatnio usłyszałam nową piosenkę zespołu Lemon - Grudniowy i bardzo przypadła mi do gustu. Zarówno Lemon jak i Michael Buble nagrali całe świąteczne płyty, polecam przesłuchać. A poniżej moje dwie ulubione piosenki. Wesołych świąt! :)


12 października 2015

Ja wiem czym jest „to coś”! Odkrycie wielkiej tajemnicy!

Często powtarza się, że szuka się w drugiej osobie „tego czegoś”. Dla niektórych to banalnie proste - duże cycki, zasobny portfel albo wspólne zainteresowania. Nie wszyscy jednak w taki sposób wybierają partnerów. Dla mnie nie jest to tak oczywiste, a osoby, w których się zadurzam mogą nie mieć ze sobą nic wspólnego. Na pierwszy rzut oka.

Już dawno temu uświadomiłam sobie jak ważna jest pasja. Robienie czegoś z pasją i dzielenie się tym z innymi. Zaangażowanie się w jakąś czynność i poświęcanie się dla jej doskonalenia jej jest czymś, co przyjemnie obserwuje się u innych ludzi. Nie chodzi o to, że zakochuję się w każdym doskonałym śpiewaku czy ulicznym tancerzu. Ale prawdą jest, że są oni dla mnie bardziej interesujący. Podziwiam ludzi, którzy osiągnęli sukces i wciąż rozwijają się w tym, co kochają. Dużo przyjemniej nawet słucha się nauczyciela, który szczerze pasjonuje się przekazywaną przez siebie tematyką.

Zdarza się jednak, że obiekt naszego pożądania często traci przy bliższym poznaniu. Jeśli chodzi o bliższe relacje to muszą się zgadzać obie rzeczy - posiadanie pasji i atrakcyjny dla nas charakter. Co więcej sami nie musimy znać się na danej dziedzinie, ale warto by przynajmniej w jakimś stopniu nas interesowała. Byłoby słabo gdyby chłopak kochał disco polo i wiejskie imprezy, a dziewczyna grywała na harfie w filharmonii (no chyba, że pasuje to obojgu). Za to fajnie gdy ktoś np. maluje obrazy, a druga osoba z przyjemnością je podziwia. Dla kogoś pasją może być coś, w czym druga osoba sporadycznie weźmie z chęcią udział.

Jest to oczywiście moje subiektywne zdanie i obserwacje. Nie każdy musi je podzielać. Ale zastanów się, czy nie ma w tym odrobiny prawdy również w twoim przypadku. Osoby z pasją są bardziej interesujące. Często mogą pokazać lub nauczyć nas czegoś nowego, a w dodatku i my możemy im przekazać coś od nas i wiemy, że będą tym zainteresowani. Pasjonat zrozumie pasjonata. To bardzo proste i tym właśnie jest dla mnie to „coś” w drugiej osobie.

Zdjęcia pochodzą z www.freeimages.com.

05 października 2015

Jak (nie)skutecznie szukać pracy?

Praca, praca, praca. Każdy się z nią zetknie na jakimś etapie swojego życia. Niektórzy wcześniej, inni później, ale nikogo to nie ominie. Nie jestem najbardziej doświadczoną osobą poszukującą pracy, ale poczyniłam pewne obserwacje. ;)

Osobiście szukałam pracy od czerwca, jeszcze w trakcie studiów i przed obroną pracy licencjackiej. Początkowo wysyłałam swoje zgłoszenia tylko do prac, które bardzo mnie interesowały i dla których może mogłabym nawet zrezygnować z dalszego studiowania. Nie ma takiej opcji. ;) Wiem, że niektórzy w młodym wieku pracującą już w swoich wymierzonych zawodach. Wiem, że niektórym się udaje i są doceniani przez pracodawców. Do tego jednak trzeba wyróżniać się czymś więcej. Po jakimś czasie, gdy wiedziałam już, że wymarzone miejsce pracy na mnie nie czeka, zaczęłam szukać czegoś tymczasowego. Wysyłałam CV w wiele miejsc. Interesowało mnie prawie wszystko oprócz call center i gastronomii. Wiedziałam też, że mam znajomych pracujących w różnych knajpkach i ostatecznie mogę poprosić ich o pomoc i zająć się kelnerowaniem. Jednak nie chciałam tego teraz robić.

Po miesiącu bezowocnych poszukiwań odezwała się do mnie jedna firma. Dosłownie jedna. Właściwie można powiedzieć, że to coś w stylu call center, ale bardziej pisane. Nie chcę zdradzać szczegółów, ale po szkoleniu i tygodniu próbnym zaczęłam w końcu pracę. W tej firmie były całkiem niezłe warunki, nie najgorsze zarobki i nawet nietragiczna atmosfera. Dobijało mnie jednak coś innego - to było zwykłe naciąganie ludzi. I dokładnie tak mówiliśmy o klientach rozmawiając między sobą - co zrobić by ich jeszcze bardziej naciągnąć. Co ciekawe ilość naciągniętych klientów nie przekładała się za bardzo na moje zarobki. To normalne - ilość pracy nie przekłada się na wysokość zarobków (właściwie tak było, ale tylko w teorii). W trakcie mojego dyżuru przeprowadzałam wiele rozmów i widziałam jak dużo zarabiam dla właścicieli, przy czym na własną dniówkę potrafiłam zarobić w mniej niż godzinę.

Nie to było jednak najsmutniejsze. Najciężej było tak oszukiwać ludzi. I wiem, że to normalne w wielu firmach - liczy się na to, że ktoś nie zareklamuje produktu, albo miesza się dobry produkt z gorszym. Często nawet wprost wmawia się klientowi, że to, co mu proponujemy to jest właśnie to, o czym marzył od dawna, chociaż sami wiemy, że to najgorsze gówno. Każdy powie, że to zupełnie normalne, ale to przygnębiająca wizja. W mojej pracy, która nie była najgorsza na świecie miałam takie dni, że w ciągu godziny chciałam pięćset razy zrezygnować. Serio. Przekonana byłam, że skończę po tygodniu próbnym, później po pierwszym miesiącu, a w końcu nie wiedziałam czy zrezygnuję z niej po skończeniu wakacji, bo mam w niej przecież takie dobre warunki... 

W dodatku, jak wspominałam to była jedyna firma, która się do mnie odezwała. Chciałam pracować, chciałam uczciwie zarobić. Pracowałam legalnie, na umowę, ale nie była to uczciwa praca. Inną kwestią jest to, że można chodzić bezskutecznie na wiele rozmów o pracę. Zdarza się nawet, że wychodzimy z takiego spotkania bardzo zadowoleni z siebie i wręcz pewni, że dostanie się tę posadę, bo pracodawca już nas praktycznie na piwo zapraszał. Ale później telefon milczy. Czasem da się zauważyć, że ostatecznie zatrudnili praktycznie byle kogo. Ten ktoś nie jest od nas lepszy i nie wykazuje się niczym specjalnym. Ale ten „byle kto”, musi mieć dobrych przyjaciół. I nie boli mnie, że można gdzieś się dostać dzięki znajomościom. Jeśli ludzie mają takie same kwalifikacje to czemu nie wziąć kogoś sprawdzonego? Ale czasami ktoś szuka kogoś innego, bawi w normalną rekrutację, a ostatecznie i tak bierze znajomego, bo właściwie ostatecznie stwierdza, że mu wszystko jedno. Stary, przynajmniej szanuj obcych ludzi!

Byle jaką pracę za byle jaką pensję można mieć zazwyczaj bez większego wysiłku. Pracę za trochę większą pensję można mieć bez serca. Im lepiej oszukujesz ludzi tym więcej zarabiasz. Tym pesymistycznym akcentem zakończę dzisiejszy wywód na temat pracy. Ale wiedz, że nie zawsze jest tak źle i akurat w twoim przypadku może być lepiej.
Zdjęcia pochodzą z www.freeimages.com.

07 września 2015

Kocham kozy ma pół roku! (DUŻO LINKÓW)

Nic wielkiego się w moim życiu nie zmieniło, blog nie zawojował świata. A ostatnio zamiast więcej czasu mam go mniej. I niestety nie zrobiłam tego co chciałam zrobić, a wiele wpisów czeka na dopracowanie. Spróbuję to jednak nadrobić, a teraz zaprezentuję zestawienie najpopularniejszych wpisów tego półrocza. Zapraszam!

Niekwestionowany numer 1:

Dlaczego nie boję się kupować na Allegro (chociaż nie zawsze lubię)?

 

Kolejne dwa miejsca zajął Woodstock:

BRUDstock? Cala prawda o WOODSTOCKU! #lovewoodstock

 

Jak przeżyć Woodstock za 150 zł? #lovewoodstock

 

Numer 4 to spokojny, zupełnie nieplanowany wpis:

Gdy spędzasz weekend na wsi...

 

Miejsce w piątce zamyka jeden z moich pierwszych wpisów: 

Szepty "Żywych trupów" (słuchowisko) - #2 Coś fajnego!



Wyróżnienie należą się dla jeszcze dwóch wpisów, które deptały pierwszej piątce po piętach! Co mnie cieszy to także wpisy z Coś fajnego:

Shameless - #5 Coś fajnego!
DIE UNDERWOOD - #14 Coś fajnego! (DUŻO ZDJĘĆ I MUZYKI)


Chciałabym w najbliższym czasie zrobić też przegląd tekstów, które nie zyskały takiej popularności na jaką, według mnie, zasługują. To będzie oczywiście czysto subiektywne. Zbiorę te wpisy, które uważam za szczególnie godne polecenia. Dziękuję za pierwsze pół roku. Pamiętaj, żeby wejść też na mojego facebooka i google+!

Zdjęcie pochodzi z www.freeimages.com.

24 sierpnia 2015

Nie bój się - największe oszustwo dzieciństwa! Głupota czy odwaga?

Nie wiem, czy karmili cię tym samym kłamstwem, ale ja doskonale je pamiętam. Wystarczy się nie bać, a wszystko pójdzie dobrze. Wcale tak nie jest, a strach jest naturalną reakcją, która powinna służyć nam do przetrwania. Skąd więc ta pokręcona logika, że przetrwamy właśnie wtedy, gdy się go wyzbędziemy?

Pierwsze kłamstewka to dla mnie odrzucenie strachu do jazdy na rowerze albo do ślizgania się po lodzie. Byłam chyba ufnym dzieckiem, ale także dość pamiętliwym. Bo do dzisiaj pamiętam jak wyrżnęłam na lodzie zachęcona przez tatę do wzięcia rozbiegu przed zimową ślizgawką. I zrobiłam to z pełną mocą, zupełnie bez lęku. Okazało się, że wcale nie jest tak fajnie. Podobnych historii jest mnóstwo - zaczynam myśleć, że zazwyczaj rodzice mają rację i skoro mam się nie bać, że wywrócę się na rowerze to może faktycznie przestanę się podpierać i zacznę ze wszystkich sił pedałować. Upadki bolą. To jasne, że ucząc się nowych rzeczy mogą nam się zdarzyć takie wpadki, a mimo to warto próbować. Można to jednak robić odważnie niekoniecznie wyzbywając się strachu. I to jest mądre. Bo strach nas chroni. Gdybyśmy się zupełnie nie bali to robilibyśmy dużo głupstw, a umieralność była by zdecydowanie wyższa. Właściwie w internecie jest mnóstwo dowodów na to, że niektórzy kompletnie nie odczuwają strachu.

Strach jest naturalny dla naszego instynktu przetrwania. Odczuwamy go i wiemy, że coś jest nie tak. Mimo to możemy podjąć decyzję, żeby coś jednak zrobić. Jesteśmy wtedy odważni, ale odwaga to umiejętność podjęcia dobrej decyzji mimo niesprzyjających uwarunkowań. A nie głupota, która popycha nas do zrobienia czegoś ryzykownego, co nie przynosi żadnych wyższych korzyści. 

Często ludzie, których uważa się za bardzo odważnych, mówią otwarcie, że się boją. Jest to dla nich naturalne, że robią coś mimo odczuwania strachu, który im nieustannie towarzyszy. Mam na myśli przykładowo żołnierzy, którzy wyruszają na wojnę wiedząc, że mogą zginąć i boją się tego, ale odważnie stają do walki. Gdyby się nie bali śmierci, a zabijanie było by dla nich emocjonalnie obojętne byli by zwykłymi psychopatami. (Najczęściej tak jednak nie jest dlatego osoby wracające z tragicznych misji mają ze sobą tak ogromne problemy psychiczne.)

I tym sposobem od upadku na lodzie przeszłam do wojny, ale chciałam wyjaśnić mechanizm strachu, który jest dla mnie czymś całkiem fajnym i często przykro mi patrzeć, gdy ktoś nie ma takiej wyobraźni jak ja. Boję się o zdrowie mojego dziecka - nie palę, nie piję w ciąży. Boję się, że upadnę i złamię sobie kręgosłup - nie skaczę po schodach. Boję się, że potrąci mnie samochód - jestem ostrożna na jezdni. To oczywiście wymyślone przykłady, ale tak właśnie powinien działać strach. Co więcej na jednym z przykładów mogę też wyjaśnić działanie odwagi. Chcę przebiec przez ulicę, bo widzę, że może mi uciec autobus (zakładając, że to prawdziwa potrzeba, dla której trzeba ryzykować) - zanim to zrobię szybko to przemyślę, ocenię sytuację i będę bardziej czujna. Tak działa odwaga. Głupotą za to byłoby wbiegnięcie na jezdnię zupełnie bez uprzedniego rozejrzenia się (wciąż przy założeniu, że biegnięcie do autobusu przez środek jezdni nie jest głupie...).

Zatem błagam ludzie, przestańcie mylić głupotę z odwagą. Bo często naprawdę nie warto ryzykować, a możliwe szkody znacznie przewyższają ewentualne korzyści. Przewrócenie się na rowerze to nic strasznego, a korzyścią jest to, że w końcu nauczymy się jeździć. Ale już np. wskoczenie do wybiegu niedźwiedzi nie jest niczym mądrym. No chyba, że korzyścią ma być zdjęcie z misiem...

18 sierpnia 2015

Co sie właściwie dzieje z tym blogiem? Jakie plany na Kocham Kozy?

To wpis z serii, których nienawidzę na żadnych blogach. Dobrze wiem, że nikogo to nie obchodzi, bo nikt nawet nie zauważa naszej nieobecności. Poza oczywiście przykładami ogromnych blogerów czy youtuberów. ;) Dlaczego więc piszę taki wpis? Głównie dla siebie, żeby pisemnie sobie wszystko uporządkować. A poza tym, może ktoś będzie miał ochotę poznać losy bloga?

Mówiłam sobie, że czerwiec był słaby, miałam ruszyć w lipcu z kopyta, ale i to nie wyszło. Jeszcze gorzej w sierpniu, gdzie w pierwszych dwóch tygodniach pojawił się zaledwie jeden wpis. Nawet jeśli chciałabym wykręcić się wyjazdem to żaden tyle nie trwał. A szkoda. ;)

Zatem dlaczego nie było mnie za często? Pustka w głowie, brak pomysłów? Nic z tych rzeczy! Pomysłów jest wiele i nieustannie napływają nowe! Mimo to kompletnie nie miałam weny do rozwijania ich. Nie miałam ochoty siadać do pisania, tym bardziej, że nic nie trzymało się kupy. W dodatku od paru tygodni sporo pracuję, a najgorsze jest to, że moją pracą jest... pisanie na komputerze. W czasie dyżuru przeprowadzam ponad setkę pisemnych rozmów z klientami. Dlatego po pracy kompletnie nie mam ochoty już nic więcej tworzyć. Zmartwiło mnie, że to, tym bardziej, że pracuje także w weekendy. Wiem, że nie powinnam wszystkiego na tę pracę zwalać, bo po prostu potrzebuję więcej samozaparcia, żeby napisać to co chciałam. Co więcej, na temat pracy też mam coś do powiedzenia. A właściwie na temat jej szukania...

Chcę też kontynuować serię Zakochaj się w Żoliborzu, która sprawia mi wielką frajdę. Póki co przedstawiłam dopiero Sady Żoliborskie i Park Żywiciela, a na Żoliborzu kryje się dużo, dużo więcej! W dodatku chciałabym później wyjść poza moją dzielnicę, więc powinnam się streszczać, bo jest tyle wspaniałych miejsc do pokazania! Miałam też napisać jeszcze jeden wpis o Woodstocku i na pewno zrobię to w najbliższym czasie, póki jeszcze o wszystkim pamiętam. Szykuje mi się też mała wycieczka, więc pewnie i o niej będę chciała wspomnieć. Myślę też o tym, żeby poogarniać może trochę filmy, które oglądam i polecać te dobre w miarę na bieżąco (nie tylko te tytuły, które mogłyby trafić na bloga jako „Coś fajnego”). Właściwie chciałam to robić od początku bloga i nie wiem z jakiego powodu tego nie zrealizowałam do dzisiaj... Nie wspominając już o tym, że nawet „Coś fajnego” nie pojawia się ostatnio w każdym tygodniu...

Jak widać, pomysłów mam trochę, ale gorzej z realizacją. Nie wiecie nawet, ile wpisów mam zaczętych i pozostawionych po jednym zdaniu lub akapicie. Czasem to po prostu nie był mój dzień... Tym bardziej, że wolę pisać nocą, a przez różne godziny pracy i zmęczenie nie mogłam tego robić w moim trybie. 

Dlatego napisałam dla siebie właśnie to podsumowanie, które teraz czytasz, żeby mieć dokładny zarys planów i móc je w swoim tempie realizować. Trzymaj kciuki.

Zdjęcia pochodzą z www.freeimages.com.

17 czerwca 2015

Gdy masz w końcu wolne...

To niesamowite, że potrafimy spiąć się i zapieprzać cały tydzień, miesiąc lub dwa. Jesteśmy bezustannie w ruchu, mamy zaplanowany każdy kolejny krok, a wolne popołudnie przeznaczamy na sen. Chwila relaksu to już luksus. Miewam takie okresy wzmożonej aktywności, po których zawsze przychodzi ten dziwny czas wolny.

Ostatni miesiąc, a właściwie sporo dłużej, to była niezła jazda. Każdy wolny moment miałam zaplanowany, a gdy chciałam wyluzować, to wcześniej musiałam pracować dwa razy szybciej lub ciężej. Potrafiłam wiele nocy z rzędu spać po 2-3 godziny, bo w nocy pracuje się lepiej. Pisałam coś o tym tutaj, ale niestety zaniedbałam też trochę bloga. Chociaż to zaniedbanie wynika tylko i wyłącznie z moich założeń. Jednak przy takiej ilości obowiązków (zwłaszcza związanych z pisaniem) okazało się to nieuniknione. 

Miałam być o czasie wolnym! Wyczekujemy go, planujemy co będziemy robić: imprezować, spotkać się w końcu na spokojnie ze znajomymi, poczytać książkę, nadrobić seriale lub premiery kinowe. A gdy zbliża się okres wakacyjny, możemy wyruszyć w jakąś podróż lub zaplanować zmianę w naszym życiu. Oczywiście nie tylko w lato, ale dla mnie to się w jakiś sposób wiąże.

I nadchodzą nagle wolne dni, nie jeden, nie dwa, ale parę. Trochę odpoczynku zanim zaczniemy kolejne „dorosłe obowiązki”. I co się dzieje? Wiadomo, zawsze znajdzie się czas by odespać w końcu zarwane noce, ale poza tym... nie zawsze rzucamy się od razu w wir spotkań i zabawy. Wypad z kimś na piwo tak, ale jeszcze nie szalona impreza, której przecież tak chcieliśmy. Jesteśmy zmęczeni (a może tylko ja... ;) ) i pierwszy wolny dzień przypomina raczej zamknięcie się w kokonie.

Przynajmniej u mnie tak to często funkcjonuje. Pierwszy dzień odpoczynku po długim czasie obowiązków rzadko jest bardzo aktywny. Jakby relaks miał fazy. Na początku chcemy odsapnąć, odespać, odpocząć, wyłączyć myślenie wgapiając się w serial, film lub książkę, dopiero później zaczyna się aktywna część, w której resetujemy mózg imprezując i nadrabiając zaległości ze znajomymi.

Myślę, że kiedyś częściej imprezowało się od razu po odbębnieniu obowiązków. A przynajmniej ja, może to już starość (to możliwe, teraz muszę odespać, żeby bawić się całą noc ;) ). Albo po prostu więcej się od nas wymaga i to bardziej męczy?

W każdym razie dzień spania i nadrabiania seriali za mną! Oznacza to, że zaczynają się luźniejsze dni. Jeszcze parę rzeczy przede mną, ale praca dyplomowa już złożona, więc najważniejsza rzecz z głowy. Będę mogła teraz wyjść z domu bez stresu i poczucia, że powinnam zajmować się czymś innym... Mam nadzieję, że wrócę też do regularnego pisania na blogu. Miałam ostatnio taki problem, że wymyślałam temat, ale nie miałam czasu by go rozwinąć...

Chciałabym też złapać znowu za gitarę, bo ostatnio miałam ją w ręku chyba w lutym... A jako, że dopiero zaczynałam wtedy grać, teraz pewnie nic nie umiem. Ale po to ma się czas wolny! Zresztą wolne dni, czy nie, najważniejsze, że nad głową nie wiszą stresujące terminy i przerażające zaliczenia. To właśnie jest wolność. To, że można bez nawet najmniejszych wyrzutów sumienia spędzić popołudnie nad czymś przyjemnym. Nie trzeba od razu brać do tego tygodnia urlopu. Wystarczy, żeby nasza głowa miała odpoczynek. Oby częściej

Zdjęcia pochodzą z www.freeimages.com.

11 czerwca 2015

"Nie zdążyłam zostać matką". Od dawna wiem, że nie chcę być kobietą z tego spotu!

 
Szum, szał, krzyki, ryki, śmiechy, chichy, memy! A ja... jestem chyba jedyną osobą, która rozumie tę kampanię inaczej. Pisałam już o czasie, który przelatuje nam przez palce i wydaje mi się, że jestem jedną z niewielu osób wśród moich rówieśników, które zdają sobie z tego sprawę...

Internety oburzyły się widząc tę kampanię. „Niesłusznie atakuje kobiety, które nie mogły lub nie chciały mieć potomstwa!”, „ Kobiet nie stać na wyjazdy, o których mówi kampania, a co dopiero na dzieci!”, „Przecież takim kobietom-karierowiczkom żyje się doskonale, czemu chcą wpędzić je w poczucie winy?!”, „Nie wszystkie kobiety marzą o tym samym!” - krzyczały. A moja pierwsza myśl, gdy usłyszałam tę kampanię „Powinnam zostać ich twarzą, przecież o tym ciągle mówię!”. Myślę, że większość osób niewłaściwie ją zinterpretowało. W dodatku kampania wywołała chyba największe oburzenie tych, do których w ogóle nie była skierowana.

Nie jestem 40- czy 50-latką, która podróżując i robiąc karierę nie zdążyła zajść w ciążę. Kampania Fundacji Mamy i Taty nie jest do nich skierowana. Chyba, że naprawdę miałaby na celu upokorzenie i zasmucenie tych osób. Kobiet, które marzyły o dziecku, ale zorientowały się o tym, gdy było już za późno... Czasami niektóre z nich podejmują jeszcze walkę o potomstwo i ponoszą (nawet kilkukrotnie) porażkę, która może zostawić naprawdę poważny ślad na ich psychice. Ale tak, napisałam, że za późno się zorientowały, że marzą o dziecku. Za późno „obudziły się”, że to już czas. Bo czas minął, biologia niestety nie czeka.

Ja odczułam, że ta kampania ma młodym kobietom uświadamiać właśnie, żeby nie przespać swojej szansy. Nikt nie sugeruje, że każdy musi mieć dziecko. Nikt nie sugeruje, że kobiety, które wybrały inne drogi są gorsze! Nikt nie sugeruje, że trzeba mieć dziecko od razu po liceum, po dwudziestce czy w czasie studiów... I nikt nie mówi, że to łatwe.

Rozumiem wszelkie obawy o finanse, o opiekę nad dzieckiem, o odpowiedzialnego partnera, o mieszkanie, kredyty, czas wolny... Ale słuchając wielu ludzi widzę przed oczami jedynie wymówki. Gdy ktoś pragnie potomstwa, a nie zmienia nic w swoim życiu by mieć je chociażby za parę lat (jeśli teraz nie może), to ja nie wiem, czego on oczekuje. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że są różne bardzo trudne sytuacje albo choroby... Ale nie o nich najczęściej mowa! Ja, jako osoba, która w marzeniach ma garstkę dzieci, zaczynam się już powoli orientować jak wygląda życie matki. Nie mówię, że jest kolorowo, nie mówię, że jest wiele pomocy, nie mówię, że nie będę kiedyś na te marzenia klnąć, nie mówię, że każde dziecko będzie miało miejsce w przedszkolu, nie mówię, że pomogą nam dziadkowie ani że pensja męża pozwoli mi bezstresowo wychowywać dzieci w domu, ale wiem, że da się. I w mojej głowie powoli układa się to w rzeczywisty plan.

Moje rówieśniczki najczęściej łapią się za głowę, gdy mówię, że chciałabym mieć już dzieci. To oczywiste, że teraz jeszcze ich nie będę miała, ale tak, chciałabym i nie uważam tego za nic dziwnego. Z lekką, nieukrywaną zazdrością patrzę na młode matki. 23 lata to już dość późno dla niektórych, zwłaszcza dla naszych babć. ;) Na studiach słucham koleżanek, które mówią, że nie mają teraz czasu na dzieci, bo muszą jeszcze tyle rzeczy zrobić zanim w ogóle pomyślą o ciąży. A dla mnie to stresujące planować tyle rzeczy przed nią! Przecież nie chcę rodzić „staro”, nie chcę krzywdy dziecka ani niebezpiecznej dla mnie ciąży! Nie chcę zorientować się, że zbliżam się do 40 i jest już za późno... I od dawna zdawałam sobie z tego sprawę: nie chcę być kobietą z tego spotu...

Założyłam sobie dawno, że do 30 będę miała pierwsze dzieci. Mówiłam też (pisałam tu, choć to zupełnie inna strona macierzyństwa...), że już teraz czuję, że mogłabym zostać matką. Ale na to zdecydowanie nie pozwala mi status społeczny. Założyłam, że unormuje się on w ciągu tych paru lat po studiach i zostanę w końcu matką, niezależnie od wielu czynników (nie muszę mieć willi, nie muszę wyjeżdżać do Paryża, moje dziecko nie musi chodzić do prywatnych szkół i mieć samych prywatnych nauczycieli). Uważam to za taki „ostateczny” plan, zakładający limit górny, którego nie mogę przekroczyć. Ale mogłoby być całkiem fajnie, gdyby życie zaskoczyło mnie realizacją jego odrobinę wcześniej. ;) Wiem, że wszystko jeszcze wielokrotnie do tego czasu może wywrócić mi się do góry nogami. Nie zakładam jednak mieszkania pod mostem, więc nie będzie tak tragicznie. ;)

Jasne, że teraz dzieci to najczęściej przypadek, a młode dziewczyny już nie myślą, czy dadzą radę, tylko jak dadzą radę. I może w tym szaleństwie jest metoda - iść na żywioł. Nie każdy jednak wierzy, że dzieci naprawdę nie niszczą życia, a mogą je wzbogacać. Nie ma limitu wieku na zwiedzanie świata, na szaleństwa, na przygodę życia, a także na sukcesy zawodowe. Jest jednak ograniczenie wieku dla kobiet na zostanie matką. I młode osoby powinny o tym wiedzieć. Nie muszą już teraz chcieć dziecka. Ale jeśli myślą o nim powinny brać je pod uwagę w realnych planach, a nie „kiedyś”. Bo kiedyś możesz nie zdążyć...

Nie odkładaj macierzyństwa na potem...

29 maja 2015

Ten czas, kiedy boisz się położyć spać, bo wiesz, że wtedy już nic więcej nie zrobisz

Ach! Bardzo się starałam, żeby mimo ogromu obowiązków nie zaniedbać bloga. Niestety musiałam odpuścić odrobinę, ale wracam! Dzisiaj normalny wpis, a jutro „Coś fajnego”, którego nie było tu 2 tygodnie. 


Zdecydowanie jestem nocnym markiem. Siedzę długo po nocach, gdy się relaksuję (np. coś oglądam) oraz gdy pracuję lub uczę się. Po wstaniu rano potrzebuję trochę czasu na ogarnięcie się, zebranie myśli i przygotowanie do pracy. A nocą wszystko przychodzi mi łatwiej. To nie znaczy, że nie zdarza mi się, że mi się nie chce. Zdarza i to bardzo często. Ale nocą po prostu pracuje się łatwiej. Jest cisza i spokój, a facebook tak bardzo nie rozprasza. ;)

Zawsze lubiłam bardziej noc. To nie znaczy, że nie lubię słońca! Największy problem mam właśnie zimą, gdy często mijam się ze słońcem, albo widzę je zaledwie chwilę. Poza tym, to wcale nie jest wspaniałe, że pół dnia jest już ciemno i każdy jeszcze coś robi. Taka noc nie jest „moja”.

Nawiązując do tytułu, kiedy dużo nad czymś pracuję, jak chociażby teraz nad pracą dyplomową, chcę wykorzystać noc w 100%. Wiem, że wtedy mogę próbować dać z siebie wszystko i rozciągnąć dzień prawie do rana. W takich kulminacyjnych okresach zdarza mi się zresztą spać po 2-3 godziny i dopiero później to odespać. 

Nie jestem w stanie położyć się spać jak „normalny człowiek”, wstać rano i wziąć się do pracy. Bardzo długo czuję się zaspana, chce mi się jeść i wszystko mnie rozprasza. A nocą mogę siedzieć długie godziny, a do snu często i tak zmuszam się z (odrobiny) rozsądku.

Dlatego, gdy już siedzę w nocy, boję się czasem pójść spać, bo wiem, że tylko teraz mogę coś jeszcze zrobić. Rano, albo będzie mi bardzo ciężko się skupić, albo nie będzie nawet czasu na jakiekolwiek poprawki i zmiany. Często wydaje się, że noc można przeciągać w nieskończoność. Każdy, kto pracował nad czymś w nocy, wie, że to nie prawda, a noc naprawdę szybko potrafi zmienić się w poranek. Wiele osób pewnie nie wie jak pięknie śpiewają ptaki już o 3 czy 4...

 
Zdjęcia pochodzą z www.freeimages.com.

19 maja 2015

Dobrze jest czasem porzucić obowiązki

Pisałam ostatnio o nawale pracy, z którą jakoś sobie radzę. Muszę sobie radzić, jeśli chcę uczestniczyć w jakimkolwiek życiu społecznym. Musiałam bardzo dużo biegać i załatwiać, żeby zostawić to wszystko i wyjechać na weekend. A powód miałam istotny, bo kuzyn się żenił... ;)

Bieganie w piątek na uczelnie ze spakowaną torbą i laptopem, załatwianie kilku spraw, zaliczenie pierwszych w tym semestrze przedmiotów i szybka ucieczka na busa zostały w pełni wynagrodzone. Zawsze stresuje się przed podróżami, ale nie chodzi o sam pobyt, tylko właśnie czas pakowania i organizowania wyjazdu. Pierwsza fala spokoju przychodzi do mnie, gdy wsiadam do środka transportu i wiem, że zdążyłam załatwić wszystko. Inaczej też traktuje się samochód, a inaczej autobus lub pociąg. Wiadomo, że znajomy kierowca zawsze może poczekać parę minut.

Jednak największy spokój osiągam zawsze, gdy już jestem u celu. Wtedy nie ważne jest nawet to, że czegoś zapomniałam albo nie zrobiłam. Albo da się to jeszcze nadrobić, albo trudno, przepadło. Czasem wyjeżdża się gdzieś fizycznie, ale myślami zostaje się przy obowiązkach. I ja wiedziałam ciągle, ile mam pracy, ale weekend był tak zaplanowany, że nie miałam czasu o tym myśleć.

Prawie nie zaglądałam do telefonu, miałam też ograniczony dostęp do internetu, ale właściwie... po prostu brak czasu i chęci, żeby coś tam szperać. Wolałam zająć się czymś na miejscu. Wolną chwilę przeznaczyłam na spacer po mieście. Tym bardziej, że dla mnie była to wycieczka po terenach z przeszłości (jeździłam tam kiedyś co roku w wakacje), a dla mojego chłopaka poznanie zupełnie nowego miejsca. 

Odwiedziliśmy małe miasteczko na wschodzie Polski. Bardzo dalekim wschodzie - spacer zrobiliśmy pod samą granicę. ;) Miasto jest urokliwe, a tereny cudowne. Rzeczki, jeziora, łąki i pola, czyli wszystko to, czego Warszawiakowi może brakować. Chociaż ja ciągle utrzymuję, że i w Warszawie i okolicy jest pięknie! Ale wyjazd kilkaset kilometrów od wielkiego miasta to jednak coś innego. Tym bardziej, że czas tam płynie inaczej.

Wiadomo, że po powrocie czeka masa obowiązków, ale teraz podchodzimy do nich ze zdwojoną siłą. Bo dość aktywny weekend zapewniający dużo wrażeń, był też odpoczynkiem od codzienności. Każdy tego czasem potrzebuje.

Zdjęcia pochodzą z www.freeimages.com.

14 maja 2015

Jak ogarnąć nawał obowiązków! Czy to w ogóle możliwe?!

Tak! Ludzie tak żyją! Wiele osób, wiele lat - od weekendu do weekendu! Inaczej jest w przypadku studentów, którzy leniuchują cały rok i jedyne zrywy mają w okolicy sesji. Gorzej, jeśli „w tej okolicy”pojawi się dużo więcej obowiązków. 

Biegam w kółko, piszę, planuję, projektuję, czytam, myślę i panikuję. Tak wyglądają ostatnie tygodnie mojego życia, a wygląda na to, że to jeszcze chwilę potrwa. I nawet nie takie straszne są licencjaty, zaliczenia w jednej szkole, sesja w drugiej... Wszystko zmienia się, kiedy chcesz do tego mieć życie. I to nawet nie kwestia własnego widzimisię, ale tego, że ludzie wiosnę poczuli i organizują wesele za weselem. ;)

W ten sposób, żeby wygospodarować sobie trochę czasu w weekend trzeba w tygodniu biegać dwa razy szybciej i mieć głowę na karku, żeby o niczym nie zapomnieć. Należę zazwyczaj do osób, które wszystko robią na ostatnią chwilę. Ale nie w takich momentach. Każdy dzień kalendarza zapisany, zaplanowany, dodane wszystkie możliwe opcje i kombinacje. Zaglądanie tam czasami mnie przeraża.
Co gorsze, wielu rzeczy nie umiem sobie odmówić. Mimo tego, że padam na ryj i już 3 w nocy i tak włączę sobie odcinek serialu, bo przecież należy mi się chwila dla siebie!

W ten sposób zdarza mi się spać dwa razy w ciągu doby. W ciągu nocy - parę godzin oraz po powrocie do domu - jedna lub dwie godziny drzemki. W przeciwnym wypadku nie jestem w stanie dalej funkcjonować. Taka drzemka to dla mnie mus, żeby móc dalej pracować. Podobno sen polifazowy może być sposobem na osiągnięcie sukcesu. ;)

W tym wszystkim chodzi jeszcze o to, że obecny nawał pracy to kompletnie nie moja wina. Wiele materiałów i wytycznych dostałam dopiero teraz do opracowania. Muszę dobrze przemyśleć i zaplanować za co brać się najpierw. Odkładając jedną rzecz nie mam przerwy, muszę brać się za kolejną. I nie mam nawet w głowie, że w weekend odeśpię i nadrobię wszystko. Bo i weekendy całe zaplanowane. Taka faza jeszcze trochę potrwa, ale jak ogromna jest satysfakcja, gdy pozytywnie się zakończy. Będę imprezować chyba cały tydzień!

Zdjęcia pochodzą z www.freeimages.com.

07 maja 2015

Idź na wybory!

Zdjęcie pochodzi z www.freeimages.com.

Hej, to zwykle ja jestem osobą, która nie interesuje się polityką! I wciąż tak jest. Sejmy, senaty, ustawy i politycy to coś bardzo mi obcego. Jakiś cyrk, o którym w ogóle nie chcę słuchać. I który omawia sprawy, które w żaden sposób mnie nie dotyczą. Ale nie zawsze tak jest. Są kwestie, które bardzo mnie interesują i drażni mnie, że decydują o nim jacyś starzy tetrycy. Ale teraz każdy ma głos. I ja też idę na wybory.

Wiem, że to takie gadanie „iść czy nie iść”. Nie potępiam nikogo, kto nie idzie - rozumiem go. Sama nie byłam na każdych wyborach. Najzwyczajniej w świecie nie wiedziałam, kogo wybrać. I to nie chodzi o to, że jestem mało inteligentna i ciężko mi się zdecydować, ale o to, że nikt nie był moim głosem, często nawet zbliżonym. 

I teraz mogłabym podobnie pomyśleć, tym bardziej, że ciężko zorientować się w programach wyborczych wszystkich kandydatów. Zwłaszcza, że nie każdy o tym głośno krzyczy. Nie wiadomo też komu wierzyć... To również był dla mnie ogromny problem - ok, przeczytam/posłucham, co mają do powiedzenia, ale skąd mam wiedzieć, że to prawda? Politycy przecież robią, co chcą, mówią, co chcą... „Metro na Euro 2012, metro później, jeszcze później, a w ogóle to dam wam 6 stacji, macie się cieszyć!”

Mimo wszystko, niezależnie od tego, jak wielkim zaufaniem darzymy kandydatów, warto skonfrontować swoje poglądy z tym, co mają do powiedzenia. Polecam stronę www.latarnikwyborczy.pl, która w zmyślny sposób przedstawia 20 tez z wytłumaczeniami stanowisk za i przeciw (to mega na plus!). I chociaż w pierwszych pytaniach wiedziałam, że jakiekolwiek zmiany wprowadzą, osobiście ich nie odczuję, to jednak kolejne tezy szczerze mnie interesowały i wiedziałam, że mogą wpłynąć na moją przyszłość. Kolejną fajną rzeczą w tym teście jest to, że możemy zaznaczać jak ważne są dla nas konkretne odpowiedzi. Oczywiście nie mówię, że trzeba stosować się do wyników takiej ankiety, ale może dać nam świeże spojrzenie na kandydatów i ich program wyborczy.

A w niedzielę mam nadzieję, wszyscy widzimy się przy urnach.

01 maja 2015

Rower! - #8 Coś fajnego

Rowerem jeżdżę już kilka sezonów. Poza okresem zimowym jest to mój podstawowy środek transportu. Zawsze pierwsze jazdy są dosyć męczące, ale późniejsza satysfakcja z przejechanych kilometrów jest ogromna.

Studiuję zaledwie 5-6 km od domu, co nie jest jakąś wielką odległością. Ostatnio spróbowałam odrobinę dłuższej trasy, ale ze zdecydowanie lepszymi ścieżkami rowerowymi. Okazało się, że robiąc kilometr więcej przyjeżdżam na wykłady 10 minut szybciej. Wielkie znaczenie mają dobrze zorganizowane przejazdy rowerowe i ścieżka, która nie robi za skrót dla pieszych.

Nie zgadzam się, że rower służy jedynie do wycieczek i wyjazdów za miasto. To totalne brednie. Rower jest idealnym środkiem transportu! Moja droga do szkoły komunikacją miejską to było minimum 30 minut (przesiadki, dojścia itd. potrafiły wydłużać ten czas nawet do godziny!). Samochodem jest to czas do 20 minut. I rowerem podobnie, dojazd może mi zająć maksymalnie 20 parę minut! A powoli ten czas skracam do kilkunastu. ;)

A co do jazdy po Warszawie to nie jest tak tragicznie. Często ścieżki nagle się urywają, a piesi bezkarnie sobie po nich spacerują, ale jazda po nich nie jest niemożliwa. Oprócz codziennych podróży zdarza mi się jechać w różne, dalsze miejsca. Kilkukrotnie objechałam Warszawę z góry na dół. ;) W tym miesiącu pierwszy raz korzystałam z aplikacji Endomondo, która poinformowała mnie, że od początku kwietnia przejechałam ponad 200 km. Dla mega zawodowców to pewnie ze 2 dni jazdy. ;) Ale w tym miesiącu nie miałam nawet czasu na żadna rekreacyjną jazdę...

Bardziej od liczby kilometrów (która i tak mnie zadowala) zaskoczyły mnie dwa pozostałe wyniki. Podobno na rowerze spędziłam prawie 17 godzin i spaliłam ponad 4500 kalorii! Liczba godzin zwaliła mnie z nóg. Zakładając, że jeżdżąc rowerem i tak oszczędzam czas to zwykle w komunikacji miejskiej spędzałam pewnie dobę miesięcznie... A ja nie mam godziny czy dwóch godzin drogi do pracy jak niektórzy... Przesiadka na rower mało tego, że oszczędza czas (i pieniądze!), ale też sprawia, że dobrze go pożytkujemy. Jazda rowerem jest zdrowa, ekologiczna, sprawia przyjemność i ćwiczy nasze ciało. Jeśli chodzi o kalorie to nie robi to na mnie większego wrażenia, ponieważ nie jeżdżę po to, żeby chudnąć. Ale jest to całkiem fajny dodatek, zwłaszcza, że trzymam się tej samej diety (czyli żadnej) i prowadzę ogólnie taki sam tryb życia jak wcześniej.

Rower polecam każdemu! Nie wyobrażam sobie życia bez jazdy rowerem, chociażby rekreacyjnie. Znam jednostki, które nie umieją w ogóle jeździć na rowerze. Niestety, ale to dla mnie pewnego rodzaju ułomność. Wiadomo, że nie trzeba być jakimś wyczynowcem, ale żeby nie móc wsiąść na rower i przejechać nawet kawałka prosto to jakaś tragedia. Chciałabym też, żeby każdy chociaż od czasu do czasu wsiadł na rower. Wtedy i piesi, i kierowcy będą inaczej patrzeć i lepiej zachowywać się na ulicy. Życie byłoby piękniejsze! Do zobaczenia na trasie! ;)

29 kwietnia 2015

Szczęśliwe życie psa na łańcuchu

Temat dość przewrotny, ale chciałam stanąć w opozycji do ludzi skandujących, że łańcuch=cierpienie. Chyba nie o to chodzi w życiu psa. I mówi to osoba, która uwielbia te zwierzęta i bywa czasem w schronisku.

Powstały organizacje, ludzie skandują, zakładają sobie łańcuchy na szyję i protestują przed trzymaniem psa na łańcuchu. Zrobili z tego niejako symbol niehumanitarnego traktowania zwierząt. Ale nie stosują łańcucha symbolicznie. Zachęcają wprost do bacznego przyglądania się psom na łańcuchu, bo według nich jest 99% szans, że ktoś się nad nimi znęca. Wydawało mi się, że każdemu psu można się przyjrzeć i nawet często widać, że te z „dobrych domów” są przestraszone i płaszczą się przed właścicielem. Ale to nic, nie ma łańcucha, nie ma przemocy...

Zgadzam się z większością zarzutów obrońców praw zwierząt. Uważam nawet, że wiele kar powinno być częstszych i wyższych. Popieram też karanie za trzymanie na zbyt krótkim łańcuch, w złych warunkach, przy braku schronienia od słońca i deszczu oraz z ograniczonym dostępem do wody. Ale jest jeszcze jeden przepis mówiący, że psa nie można trzymać na uwięzi (nawet w dobrych warunkach) dłużej niż 12 godzin. A nie wydaje mi się, żeby to było największe okrucieństwo.

Znałam przeszczęśliwe psy na łańcuchach. Na długich łańcuchach przy pięknych, nierzadko ocieplanych budach. Dostawały super żarcie, były czesane, spuszczane, często biegały po całym podwórku, a nawet zabierane były na dodatkowe spacery. Oczywiście same nie mogły się przecież na nic poskarżyć, więc każdy może powiedzieć, że nic nie wiem... Ale ludzie, nie dajmy się zwariować. Widać czy pies jest zadbany, karmiony i jak wygląda teren wokół niego. 

Dlaczego wybór pada na łańcuch? Zwykłą smycz pies bez problemu może przegryźć... Pies nie jest ogrodzony, zamknięty w „klatce”. Boksy, kojce mnie nie przekonują. A podobno wystarczy psa z łańcucha przenieść do kojca i ma jak w niebie... Serio? W dodatku te zagrody nie zawsze są większe od przestrzeni, którą może dać łańcuch. Uwiązanie psa nie odgradza go od nas, gdy jesteśmy na podwórku. Można siedzieć przy nim nie będąc za kratami. Zdarza się też, że pies zajmuje takie miejsce podwórka, że nie można przejść nie zahaczając o jego teren. Zawsze mi się to podobało, tym bardziej, że nikt obcy nie będzie mógł pójść tam, gdzie siedzi nasz piesek. Często niestety nie można pozwolić, żeby pies biegał po całym podwórku. Zniszczenia i ucieczki, które mogą być niebezpieczne dla niego i innych, uniemożliwiają to.

Nie mówię „trzymajcie psy na łańcuchu! to jest super!”, tylko uświadamiam, że sam łańcuch nie musi oznaczać czegoś złego. Ogłaszanie światu, żeby lepiej przyglądał się takim właścicielom jest krzywdzące. Każdy powinien zwracać uwagę na dobro zwierzęcia nie tylko przez pryzmat łańcucha. Wielokrotnie psy biegają po całej posesji i nie mają ani kropli wody, a rasowe psy przy pięknych willach mają elektryczną obrożę, która daje im znać, gdzie nie można wejść. Ale wtedy wszystko jest spoko, bo przecież nie są na uwięzi...! Bo tylko za łańcuch można dostać mandat.

Zdjęcia pochodzą z www.freeimages.com.

20 kwietnia 2015

Cały rok miałam już 23 lata.

Ten rok był przedziwny. W ten weekend miałam 23 urodziny, co dziwne nie przypominam sobie bym obchodziła 22. Cały rok czułam się 23latką i wielkim zaskoczeniem było dla mnie odkrycie, że kolejny rok będę miała tyle samo lat. Wiem, że to dziwactwo, ale mówię śmiertelnie poważnie – pomyliłam się we własnym wieku.

Długo nie miałam żadnych „jazd” na starzenie się, a podobno pierwsze kryzysy przychodzą, gdy kończymy nastoletni wiek. Jako 20, 21-latka czułam się fantastycznie. Było mi naprawdę dobrze w miejscu, w którym się wtedy znajdowałam. Przeszkadzało mi odrobinę, że liceum kończyłam dopiero w wieku 20 lat (4letnia, językowa klasa), ale to był mały problem. Nagle coś kliknęło i spanikowałam. Nie dlatego, że już taka stara jestem. A dlatego, że życie-takie-krótkie-trzeba-rodzić-dzieci-kiedy-praca-kiedy-sukcesy-kiedy-wszystko-nie-mam-czasu. O czym pisałam już zresztą nie tak dawno. Czas ucieka.

I ta świadomość upływającego czasu spowodowała, że sama siebie przekonałam, że w ciągu roku starzeję się aż o 2 lata! Podawałam tę informację naprawdę w wielu różnych sytuacjach. Wydaje mi się to teraz przezabawne, bo kolejny rok będę w tym samym wieku. Ale nigdy nie miałam 22 lat.

I nie ważne są numerki, które nas określają. Nie jest też tak, że im wyższe tym gorsze. Ale prawdą jest, że niektóre rzeczy w życiu są ograniczone. Możemy być na nie za młodzi (to już mnie raczej nie spotka), albo... za starzy. I chyba boję się, że to drugie przyjdzie zbyt szybko. Za dużo myślę o tym, że czegoś nie zdążę zrobić, a mam przecież jeszcze sporo czasu. Hej, ja mam dopiero 23 lata i dobrze mi z tym!
 
Zdjęcia pochodzą z www.freeimages.com.

13 kwietnia 2015

Dlaczego nie boję się kupować na Allegro (chociaż nie zawsze lubię)?

Nie każdy lubi robić zakupy przez internet, ale niektórzy wręcz przesadnie ich unikają. Po wielu moich przygodach z kupowaniem na Allegro mogę powiedzieć, że jest to bardzo bezpieczne. Mimo, że raz zostałam okradziona.

Wiadomo, że fajnie jest mieć możliwość „pomacania” przedmiotów, obejrzenia ich na żywo i wybrania odpowiedniego rozmiaru czy koloru. Ale na Allegro bardzo często jest dużo taniej i większy wybór. I nie mówię o różnicy w kilku złotych, ale nawet w kilkuset złotych. Zresztą każdy, kto choć raz kupował na Allegro na pewno to wie.

Oczywiście zdarza się, że przedmioty nie spełniają naszych oczekiwań albo znacznie różnią się od zdjęcia umieszczonego na aukcji. W dodatku czas od przelewu do znalezienia się przedmiotu w naszym domu jest różny i czasem, z niewiadomych przyczyn, bardzo długi. Nieraz nawet kurierzy nawalają. Czas przesyłki (którego nigdy nie mogę być pewna) i brak możliwości zobaczenia czegoś na żywo jest dla mnie największym minusem zakupów przez internet. Czasami też trafimy na beznadziejnego sprzedawcę, który myli się z przesyłką, a kontakt z nim jest tak tragiczny, że zwroty ciągną się przez 3 miesiące (nikomu tego nie życzę, chociaż sytuacja dotyczyła głupiego etui za 30 zł...). Wiadomo, że komentarze wystawione sprzedającemu nie zawsze dają nam 100% pewność, że nasza transakcja przebiegnie pomyślnie.

Zostałam raz okradziona. Wybrałam tablet, sprawdziłam sprzedawcę i wpłaciłam pieniądze. Po tygodniu chciałam odezwać się do sprzedawcy, że sprzęt wciąż do mnie nie doszedł. Niestety nie mogłam, mail był skasowany, telefon wyłączony, a konto na Allegro zawieszone. Spostrzegłam, że od mojego zakupu w ocenie sprzedawcy posypały się same negatywy. Okradł wiele osób, ale na niewielkie kwoty do 100 zł. Chyba tylko ja kupiłam coś bardziej wartościowego. Dodam, że była to dla mnie na tyle skomplikowana sprawa, że pół roku wcześniej przepychałam się z inną firmą o zwrot pieniędzy za beznadziejny tablet. Cały czas wpychali mi swój shit, a gdy w końcu udało mi się odzyskać pieniądze i kupić coś innego (zmądrzałam i wybrałam Lenovo Yogę), trafiłam na złodzieja. W między czasie (nie pamiętam czy to było przed złodziejem, czy później) miałam w domu inny tablet, ale po paru dniach musiałam go zwrócić, bo miał usterkę. W tym przypadku zwrot tabletu i odzyskanie pieniędzy odbyło się bardzo sprawne. Nakreślam całą sytuację by przedstawić jak wysoki był poziom mojego poirytowania.

Wracając do kradzieży czułam się załamana i zastanawiałam się, dlaczego akurat mnie trafiła taka kumulacja nieszczęścia. Jednak od razu zwróciłam się z prośbą o pomoc do Allegro i wtedy zrozumiałam jak bezpieczna i dobra dla klientów jest ta firma. Zaznaczam, że nie mam żadnych korzyści z mówienia tego poza pewnego rodzaju podziękowaniem, że nie zostawiają oszukanych osób na lodzie. Program Ochrony Kupujących poprowadził mnie krok po kroku do rozwiązania sprawy. Musiałam zgłosić kradzież na policję, ale POK wysłał mi wzory dokumentów i listę innych załączników z jakimi miałam się tam zgłosić. Od policji oczekiwałam jedynie na potwierdzenie wszczęcia dochodzenia, z którym następnie zwróciłam się do Allegro i to oni przesłali mi pieniądze. Ich Program Ochrony Kupujących zabezpiecza nas przed oszustami i oferuje pełny zwrot kosztów (do 10 000 zł) w przypadku opłacenia i nie otrzymania towaru lub 50% ceny w przypadku towaru znacznie odbiegającego od tego oferowanego na aukcji. Oczywiście nie każda sprawa kwalifikuje się do rekompensaty (np. świadome kupienie wadliwego sprzętu). Wszystkie formalności trwały parę miesięcy, ale miałam przynajmniej pewność, że odzyskam moje pieniądze. I muszę dodać, że to głównie policja mająca czas do 30 dni przetrzymywała mnie do ostatnich chwil, bo Allegro działało prawie bezzwłocznie. W wyniku tych doświadczeń ostrożnie podchodzę do zakupów, ale wiem, że zawsze w tego typu sytuacjach Allegro będzie po mojej stronie.

Zakupy przez internet mogą wiązać się z pewnym ryzykiem, że nie zawsze otrzymamy dokładnie to, o czym marzyliśmy, albo ta rzecz zgubi się gdzieś i dotrze do nas z opóźnieniem. Jednak kupowanie na Allegro nie wiąże się na pewno ze stratami finansowymi, ponieważ nawet jeżeli sprzedawca nie zechce z nami współpracować, to Allegro zwróci nam koszty i pociągnie sprzedawcę do odpowiedzialności. Mając tę pewność możemy bezpiecznie wpadać w szał zakupów. ;)

08 kwietnia 2015

Kocham Kozy ma już miesiąc! ♥

Zdjęcie pochodzi z www.freeimages.com.

Precyzując to wpisy pojawiają się (regularnie!) od miesiąca. Sam blog istnieje na pewno więcej, a pomysł na niego kiełkował już bardzo dawno. Poniżej podzielę się moimi odczuciami równo po pierwszym miesiącu od ukazania się pierwszego wpisu.

Regularność, którą podkreśliłam naprawdę mnie cieszy. Było to moje prywatne założenie, które zrealizowałam. Wpisy pojawiały się trzy razy w tygodniu (poniedziałek, środa, piątek), poza jednym wyjątkiem, kiedy było ich 4. ;) Wiem, że moje prywatne założenia niekoniecznie muszą pokrywać się z oczekiwaniami czytelników. Tym bardziej, że nie mam pojęcia czy istnieją oni w jakakolwiek rzeczywistej liczbie. Co ciekawe statystyki odwiedzin nie są takie złe, jak na kogoś, kto nie ma żadnej pozycji w internecie. Jest to dla mnie zaskoczeniem, bo oznacza, że w jakiś sposób Kocham Kozy do kogoś jednak trafiają.

Pisanie sprawia mi frajdę, właściwie od zawsze sprawiało. Lubiłam wykazać się w tekstach twórczych i wiem, że nie jestem w tym najgorsza. Chociaż nie ze wszystkiego co wychodzi z pod moich rąk jestem równie mocno dumna.

Wciąż mam jednak problem z planowaniem czasu i nie ważne ile porad się nasłucham i jak wiele notatek zapiszę w kalendarz, zawsze robię wszystko na ostatnią chwilę. Nie potrafię przygotować tekstów wcześniej. Zdarza mi się to bardzo rzadko i dotyczy maksymalnie jednego tekstu, z kolejnymi i tak muszę się ścigać. ;)

A jak zostałam „Kocham Kozą”? Tzn... dlaczego tak nazwałam bloga? Bo „z dupy” było już zajęte! Nie, serio nie chciałabym się tak nazywać, chociaż tego określenia bardzo często kiedyś używałam. Dlaczego więc „kocham kozy”? Przede wszystkim... ja naprawdę kocham kozy! Są tak przeuroczymi, cudownymi i zabawnymi stworzeniami, że bardzo chętnie zaopiekowałabym się małą kózką (pisałam już o tym tutaj). W dodatku ich mleko nie uczula (przynajmniej tak jak krowie), więc są dla mnie przyjaźniejsze. Ale abstrahując od kóz, bo przecież ten blog wcale o nich nie jest, nazwa wydaje mi się całkiem przyjemna i zabawna. Na pewno dobrze będzie kiedyś wyglądać na kubkach! ;)


Kozy są cudowne! Mam nadzieję, że będę pisać dalej, a blog będzie się rozwijać. Pomysłów nie brakuje. Obym mogła podobne podsumowanie napisać za 5 miesięcy. ♥

06 kwietnia 2015

Nie ma mnie dziś dla nikogo!

Rysunek należy do GryzmoU.

Bywają takie dni, kiedy chcemy zniknąć. Nie istnieć dla nikogo. Nie mieć żadnych obowiązków i zobowiązań. Marzymy o tym by po prostu egzystować chwilę w zamkniętych czterech ścianach z wyłączonym telefonem i facebookiem.

Czasem ktoś tego nie rozumie i dziwi się jak możemy nie mieć ochoty na spotkanie lub imprezę. Ale nie każdy czuję się fantastycznie będąc nieustannie w czyimś towarzystwie. Niektórzy ładują akumulatory sami w domu.

I nie ma to nic wspólnego ze smutkiem. Przynajmniej nie zawsze. ;) Dobra książka w ręku, fajny film lub nowy serial na ekranie, kot, zapalone świeczki, piwko, wino, koc to rzeczy, z których możemy stworzyć nasze idealne miejsce do ładowania energii. Każdy wie czego dokładnie potrzebuje.

Taki dzień można też spędzić z kimś przy kim możemy odpocząć i być naprawdę sobą. Partner, partnerka lub najlepszy przyjaciel to osoby, które możemy wpuścić do naszej zamkniętej „bańki”, jeśli chcemy. Czasem fajnie przytulić się do siebie i nie mówić ani słowa.

Ale możemy też zostać zupełnie sami. Z muzyką lub w ciszy, z własnymi myślami. Takie wyciszenie, przerwa od współczesnego świata może być naprawdę dobra.

01 kwietnia 2015

Gdyby nic cię nie ograniczało

W Prima Aprilis postanowiłam nie pisać nic „ciężkiego”, dlatego pomyślałam, że pobawię się własną wyobraźnią. I zachęcam do tego wszystkich czytelników.

Wyobraź sobie, że nic cie nie ogranicza. Nic. Ani pieniądze, ani strach, ani ludzie, ani granice państwa. Niech ograniczeniem będzie jedynie Twoja kreatywność i potrzeby. Sporządź listę swoich planów lub marzeń. Nie musisz jej spisywać, tak jak ja to zrobię poniżej. Możesz po prostu wprowadzić się w dobry nastrój i wyobrazić sobie np. swój spacer na Marsie (jeśli tego chcesz). Mogą to być całkowicie kosmiczne pomysły, albo takie zupełnie realne. Możesz zechcieć je zrealizować albo po prostu cieszyć się myśleniem o nich. Czemu to ma służyć? To dla mnie taki legalny odlot. Bawią mnie niektóre rzeczy, którymi się z tobą poniżej podzielę. Zaczynajmy!

Chciałabym... ♥ ♥ ♥



1. Odwiedzić każdy kontynent (poza Antarktydą)

To nawet jest realne! ;) Zwiedzenie całego świata jest chyba niemożliwe, poza tym myślę, że nie chciałabym jechać w dosłownie każde miejsce. 

2. Zwiedzić Australię i Stany Zjednoczone


To taki bonus do odwiedzania kontynentów. Australia mi się marzy mimo tych koszmarnych robali... Jakbym miała wybrać miejsce ewentualnej podróży poślubnej to właśnie tam!
A Stany Zjednoczone to miejsce już tak znane i wszędzie przerabiane, że po prostu chcę przekonać się na własne oczy. I zwiedzić dużo więcej niż jedno miasto.

3. Dużą rodzinę

Nie wiem kiedy, nie wiem jak. Ale czemu nie?

4. Mały domek w lesie

Ale tylko takim pachnącym! Mam jakąś schizę na tym punkcie, ale nie każdy las pięknie pachnie.

5. Nauczyć się jeździć konno

Kilka razy coś tam jeździłam, a właściwie bardziej ktoś prowadził konia, na którym siedziałam. Chciałabym kiedyś nauczyć się normalnie jeździć.

6. Przejechać się na słoniu

Nie wiem skąd mi to przyszło do głowy, ale jak kiedyś to zrobię to wrzucę zdjęcie. ;)

7. Mieć kozę

No przecież! To się tłumaczy samo przez się. Kozy są najlepsze.

8. Zabrać swojego psa na kajaki

To bardzo konkretna rzecz, która z racji tego, że kajakuję przyszła mi kiedyś do głowy. Największym problemem jest to, że nie mam psa. Chociaż to moje ukochane zwierzaki, nie mam teraz takiej możliwości niestety. Zmienię to najszybciej jak tylko będę mogła. A wtedy pies, mój wspaniały kompan, popłynie ze mną w kajaku, super!

9. Nauczyć się grać na gitarze

To był kiedyś mój plan, który nawet w malutkim stopniu osiągnęłam. Z osoby, która kompletnie nie ogarnia co to akordy i jak to się wszystko robi, jestem w stanie zagrać kilka prostych piosenek. Niestety gitara od dawna stoi obrażona w kącie, ale mam nadzieję, że w końcu się przeprosimy i nauczę się czegoś więcej.

10. Poznać Kubę Wojewódzkiego

Lubię faceta i chciałabym go kiedyś poznać prywatnie.

11. Dziecko z Ryanem Reynoldsem

Hahaha. Chociaż tak naprawdę o tym nie marzę, a Ryan ma już własne dziecko, ta myśl całkowicie mnie rozbraja. I właściwie, jakby nic kompletnie miało mnie nie ograniczać... To czemu nie mogłabym wybrać go na ojca moich dzieci?!

12. Elektryczny motocykl

Nie wiem skąd ten pomysł, ale chcę!

13. Móc przejechać wiele kilometrów rowerem

Gdy się już rozjeżdżę to mogę przejechać kilkadziesiąt kilometrów, chciałabym dawać radę tak po stówkę dziennie. ;) Ale do tego to też dobry sprzęt trzeba mieć.

14. Tatuaże

W liczbie mnogiej, a co! Przyjdzie kiedyś na to dobry moment.

15. Być szczęśliwą, znaleźć miłość i spokój

Nie ważne gdzie, nie ważne z kim, ważne, żeby realizować siebie i cieszyć się życiem!


I tym pozytywnym akcentem dziękuję za dzisiaj. Mogłoby tu być dużo, dużo więcej. Jak zwiedzenie całej Europy czy odwiedzenie wszystkich największych miast w Polsce, ale to są takie rzeczy, które się powoli realizują. ;) Zachęcam do dzielenia się swoimi marzeniami.

Chciałam wspomnieć jeszcze, że możecie znaleźć Kocham Kozy na facebooku, zapraszam!

Zdjęcia pochodzą z www.freeimages.com